Reklama

Michał Stajniak, XTB: W skrajnym scenariuszu ropa może kosztować nawet 200 USD

Mimo wzrostu cen ropy, reakcja rynku jest zaskakująco spokojna. Widać, że inwestorzy nie chcą dyskontować najgorszego wariantu. Paradoksalnie to zwiększa ryzyko, że jeśli dojdzie do eskalacji, ruch cenowy może być bardzo gwałtowny - mówi Michał Stajniak z XTB.
Michał Stajniak, wicedyrektor działu analiz z firmy XTB

Michał Stajniak, wicedyrektor działu analiz z firmy XTB

Foto: parkiet.tv

Szaleństwo na rynku surowców trwa w najlepsze. Do jakich poziomów może dojść cena ropy naftowej? Jaki jest potencjalny cel , zakładając , że mamy do czynienia z kontynuacją konfliktu i jego dalszą eskalacją?

Zacznijmy od tego, że obecna sytuacja jest wyjątkowo dynamiczna i trudna do prognozowania. W dużej mierze zależy od czynników politycznych, które potrafią zmienić się dosłownie w ciągu godzin. Jeśli jednak spróbujemy nakreślić skrajny, negatywny scenariusz – czyli brak porozumienia i dalszą eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie – to mówimy o potencjalnie największym kryzysie naftowym w historii. W takim wariancie globalny rynek mógłby zmierzyć się z deficytem rzędu nawet 5–7 mln baryłek dziennie. To ogromna luka, na którą świat nie jest przygotowany. Przy takich założeniach ceny ropy mogłyby wzrosnąć do poziomu 150–200 USD za baryłkę. To z kolei najpewniej doprowadziłoby do destrukcji popytu i silnego uderzenia w globalną gospodarkę, podobnie jak w 2008 r. .

Reklama
Reklama

Nawet jednak mimo wzrostu cen w ostatnich tygodniach daleko nam do tych poziomów.

Rzeczywiście, reakcja rynku jest zaskakująco spokojna. Widać, że inwestorzy nie chcą dyskontować najgorszego wariantu. Paradoksalnie to zwiększa ryzyko, że jeśli dojdzie do eskalacji, ruch cenowy może być bardzo gwałtowny. Dodatkowo aktywność spekulantów – mierzona chociażby pozycjami na rynku terminowym – jest nadal relatywnie niska.

Mamy jednak też dużo szumu informacyjnego. Trzeba się przygotować na podwyższoną zmienność?

Mamy sprzeczne komunikaty – z jednej strony pojawiają się deklaracje o negocjacjach, z drugiej strony druga strona twierdzi, że żadnych rozmów nie ma. Moim zdaniem jesteśmy gdzieś pośrodku. Historia pokazuje, że często po okresie publicznego „twardego stanowiska” dochodzi do porozumienia. Widzieliśmy to już w relacjach handlowych między USA a Chinami. Nie zapominajmy też o kalendarzu politycznym – są konkretne daty i wydarzenia, które zwiększają presję na osiągnięcie porozumienia. Czas działa tu na korzyść deeskalacji.

To spójrzmy teraz na ten bardziej pozytywny, w którym mamy jednak uspokojenie atmosfery i wygaszanie napięć.

W mojej ocenie istnieje realna szansa, że konflikt zostanie przynajmniej częściowo wygaszony w relatywnie krótkim czasie – choćby po to, żeby uniknąć globalnego kryzysu gospodarczego. W takim wariancie ceny ropy mogłyby spaść w okolice 80 USD za baryłkę. To poziom spójny z obecną krzywą terminową.

Reklama
Reklama

A co dalej?

Jeśli porozumienie byłoby trwałe, to widziałbym przestrzeń do dalszych spadków – nawet w kierunku 70 USD . Natomiast jeśli pozostanie niepewność – np. dotycząca bezpieczeństwa transportu czy eksportu z Iranu – to bardziej realny byłby przedział 80–100 USD jako nowa „równowaga”.

Czy świat ma dziś realne alternatywy dla dostaw ropy z Bliskiego Wschodu?

To jest największy problem. Rynek ropy jest bardzo mocno zbilansowany. Nie ma jednego miejsca na świecie, które mogłoby nagle dostarczyć brakujące kilka milionów baryłek dziennie. Owszem, Stany Zjednoczone mogą zwiększyć produkcję – szczególnie przy wysokich cenach ropy łupkowej – ale mówimy raczej o skali 0,5–1 mln baryłek dziennie w perspektywie roku. Brazylia czy kraje afrykańskie również mogą nieco zwiększyć wydobycie, ale to nadal za mało, by zrekompensować ewentualne duże zakłócenia.

Stany Zjednoczone mówią nawet o łagodzeniu sankcji na ropę z Rosji czy też Iranu...

To pokazuje, jak bardzo sytuacja jest napięta. Z jednej strony mamy konflikty polityczne, z drugiej – pragmatyzm rynku. Dopuszczenie większej ilości ropy z Rosji czy Iranu do oficjalnego obrotu mogłoby chwilowo złagodzić napięcia podażowe. Ale to są decyzje o ogromnym ciężarze geopolitycznym.

Podobne scenariusze, jak w przypadku ropy naftowej, trzeba zakładać też na rynku gazu, szczególnie jeśli chodzi o Europę?

W tym przypadku też można powiedzieć, że rynek wygląda dość stabilnie, biorąc pod uwagę obecną sytuację geopolityczną. To efekt dywersyfikacji dostaw: Norwegia, LNG z USA, Afryka. Z drugiej strony mamy jednak bardzo niskie zapasy. Jeśli konflikt się przedłuży i Azja zacznie agresywnie konkurować o LNG, ceny w Europie mogą ponownie mocno wzrosnąć – nawet w okolice 100 euro za MWh. Jeżeli Azja nie może importować surowców z Bliskiego Wschodu, musi szukać alternatyw – a to oznacza większą konkurencję o LNG. To szczególnie problematyczne dla Chin, które energetycznie na tym konflikcie tracą, mimo że geopolitycznie sytuacja może im chwilowo sprzyjać.

Na koniec jeszcze kilka zdań o metalach szlachetnych. Początek tygodnia to mocna przecena złota. Co za tym stoi? Zamykanie pozycji, by inwestorzy mieli pieniądze na uzupełnienie depozytów na innych rynkach?

Jest to jeden z możliwych powodów. Pojawiły się też spekulacje o sprzedaży złota przez banki centralne, ale nie ma na to twardych dowodów. Wręcz przeciwnie – dane wskazują, że banki centralne nadal są kupującymi. Trzeba bowiem pamiętać, że złoto nadal pełni funkcję bezpiecznej przystani. Oczywiście w krótkim terminie może być zmienne. W ekstremalnym scenariuszu – np. bardzo wysokich cen ropy i silnych spadków na rynkach akcji – moglibyśmy zobaczyć jeszcze niższe poziomy. Długoterminowy trend pozostaje jednak wzrostowy. Zakładam, że złoto po 2030 r. przebije nawet poziom 10 tys. USD .

Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama