Międzynarodowy Fundusz Walutowy zaktualizował we wtorek swoje prognozy dla światowej gospodarki. Obecnie przewiduje, że tempo wzrostu globalnego PKB przyspieszy w 2016 r. do 3,4 proc., z szacowanych 3,1 proc. w ub.r. W październiku waszyngtońska instytucja spodziewała się wzrostu o 3,6 proc.
MFW podkreślił jednak, że jeśli ten najbardziej prawdopodobny scenariusz się nie zmaterializuje, to raczej dlatego, że rzeczywistość okaże się gorsza, a nie lepsza. A historia prognoz tej instytucji sugeruje, że to zastrzeżenie należy traktować jako ostrzeżenie. Tygodnik „Economist" policzył niedawno, że w latach 2000–2014 r. 220 razy doszło do sytuacji, że w którymś ze 189 państw, dla których MFW sporządza przewidywania, PKB w jednym roku rósł, aby w kolejnym spaść. Otóż w raporcie prognostycznym z kwietnia danego roku, w którym dana gospodarka jeszcze rosła, ekonomiści Funduszu ani razu nie przewidzieli zbliżającej się recesji. W efekcie, średnio rzecz biorąc, prognozy tej instytucji były zbyt optymistyczne. Ich jakość była niewiele lepsza niż hipotetycznego modelu, który dla każdej gospodarki prognozuje utrzymanie tempa wzrostu z poprzedniego roku.
Bessy nie istnieją
Nadmierny optymizm cechuje też prognostów rynkowych. Jak wyliczyli niedawno analitycy firmy Bespoke Investment Group, od 2000 r. średnia roczna stopa zwrotu indeksu S&P 500 wynosiła niespełna 4 proc. W tym okresie mediana noworocznych prognoz analityków, średnio rzecz biorąc, zapowiadała wzrost tego indeksu o 9,5 proc. Ta rozbieżność między rzeczywistością a przewidywaniami wynika głównie z tego, że rynkowi stratedzy ani razu w minionych 15 latach nie spodziewali się zniżki cen akcji na Wall Street w skali roku. Tymczasem doszło do tego aż pięć razy, m.in. w pamiętnym 2008 r.
Te prawidłowości sprawiają, że od kilku lat dużą popularnością cieszą się raporty, w których analitycy i ekonomiści nie tyle rysują najbardziej prawdopodobne scenariusze dla gospodarki i rynków, ile wskazują potencjalne źródła zaskoczeń, czyli szukają tzw. czarnych łabędzi. Autorzy tego typu analiz z początku br. (publikowały je np. Saxo Bank i HSBC) zwracali uwagę m.in. na ryzyko gwałtownego odbicia cen ropy, przyspieszenie inflacji na świecie wskutek wzrostu cen żywności w związku ze zjawiskiem El Nino oraz wygraną zwolenników wyjścia Wielkiej Brytanii z UE w referendum, które może się odbyć już w lipcu.
Groźna polityka
Większość kasandrycznych scenariuszy na ten rok bazuje jednak na ekstrapolacji niepokojących tendencji, które już są widoczne. Przykładowo: Albert Edwards, znany z czarnowidztwa strateg Societe Generale, wieszczy, że spowolnienie gospodarcze w Chinach zmusi tamtejsze władze do zdecydowanej dewaluacji juana, aby podbić konkurencyjność eksportową chińskich spółek. To zmusiłoby do podobnej reakcji kraje, które konkurują z Chinami na globalnych rynkach, a w efekcie świat zalałaby deflacyjna fala. Zachodnie gospodarki, gdzie firmy nie byłyby w stanie konkurować z tanim importem, wpadłyby w recesję. Indeks S&P 500 spadłby wówczas poniżej minimum z 2009 r. na poziomie 666 pkt.
MFW we wtorkowym raporcie jako podstawowe zagrożenie dla swoich prognoz wskazuje „twarde lądowanie" w Chinach, zbyt szybkie tempo normalizacji polityki pieniężnej w USA oraz dalszą aprecjację dolara i związane z tym problemy państw wschodzących, w których doszło do znaczącego wzrostu dolarowego zadłużenia.
W Polsce na liście lokalnych zagrożeń prym wiodą te natury politycznej: ustawa frankowa oraz perspektywa wzrostu podatków w związku z planami PiS, aby podwyższyć kwotę wolną od PIT-u oraz obniżyć wiek emerytalny.
grzegorz.siemionczyk@parkiet.com
Gospodarka | Może być frankowy szok
Jakub Borowski, główny ekonomista, Credit Agricole
Prognozuję, że w tym roku PKB Polski wzrośnie o 2,7 proc. Największym zagrożeniem dla tego scenariusza byłoby przyjęcie tzw. ustawy frankowej. Jej efekty dla sektora bankowego i gospodarki jeszcze szacujemy, ale jasne jest, że to byłby wstrząs. Prawdopodobieństwo, że ta ustawa zostanie przyjęta w kształcie proponowanym przez prezydenta, jest jednak według mnie niskie.
W tej chwili najpoważniejsze zagrożenia dla polskiej gospodarki to więc te globalne, przede wszystkim głębsze od oczekiwanego spowolnienie w Chinach. Wyhamowanie wzrostu tamtejszej gospodarki do 3–4 proc. i kryzys w tamtejszym sektorze bankowym miałyby silne negatywne przełożenie na globalne rynki finansowe i surowcowe. To jest zagrożenie, które bierzemy pod uwagę, ale też przypisujemy mu niewielkie prawdopodobieństwo. Chińskie władze bowiem dysponują jeszcze narzędziami pozwalającymi pobudzić krajowy popyt. Pojawiają się obawy o recesję w USA, ale jeśli ona nastąpi, to będzie płytka i krótkotrwała. Amerykańska gospodarka jest w równowadze, stopa bezrobocia jest niska, stopniowo przyspiesza wzrost płac, a niskie ceny ropy sprzyjają wydatkom konsumpcyjnym. Dlatego nie traktuję korekty na amerykańskiej giełdzie jako zwiastuna recesji. GS
Jarosław Janecki, główny ekonomista, Societe Generale
W podstawowym scenariuszu zakładam wzrost PKB Polski w tym roku o 3,5 proc. Największe zagrożenia dla tej prognozy płyną z otoczenia zewnętrznego. Pierwsze to głębsze od oczekiwanego spowolnienie w chińskiej gospodarce. To mogłoby uderzyć w Polskę poprzez wpływ na gospodarkę Niemiec oraz poprzez pogorszenie nastrojów na światowych rynkach finansowych. Możemy też być świadkami dewaluacji chińskiej waluty w celu podtrzymania konkurencyjności tamtejszej gospodarki. Chiny mogą wygenerować silny impuls deflacyjny, który rozleje się po całym świecie. Podobne zagrożenie wiąże się z dalszą przeceną surowców. Z jednej strony oznaczałoby to problemy ich producentów, np. Brazylii i Rosji, a z drugiej wydłużenie się okresu deflacji lub bardzo niskiej deflacji. Dziś dominuje opinia, że deflacja jest dla polskiej gospodarki dobra, bo zwiększa siłę nabywczą konsumentów. Ale z czasem może ona nastręczać trudności firmom, może też sprowokować RPP do obniżania stóp procentowych, co w dłuższym terminie nie byłoby korzystne dla naszej gospodarki. Z zagrożeń krajowych wymieniłbym ustawę frankową. Zakładam, że ona zacznie obowiązywać dopiero w 2017 r., ale nie można wykluczyć, że dojdzie do tego wcześniej. To mogłoby negatywnie odbić się na akcji kredytowej. GS
Giełda | WIG20 wyrówna dołek z 2008 r.?
Kamil Maliszewski, analityk, Dom Maklerski mBanku.
Początek roku na GPW okazał się nieudany. Czy jest to zapowiedź całego słabego 2016 r.? Biorąc pod uwagę, że za znaczną część niepowodzenia WIG20 odpowiadają kwestie polityczne, należy się zastanowić nad możliwością realizacji czarnego scenariusza. Jednym z jego kluczowych elementów byłoby przyjęcie prezydenckiej ustawy rozwiązującej kwestię kredytów walutowych. Banki są niezwykle istotnym składnikiem WIG20 i w tej sytuacji jego dalsza przecena nawet o kilkanaście procent mogłaby stać się faktem. Drugim czynnikiem, który może wywierać zły wpływ na indeks, są spółki z sektora energetycznego, które najpewniej zostaną obarczone kosztami utrzymania w obecnym kształcie sektora górniczego. Nasz rynek był w ostatnich miesiącach raczej omijany przez inwestorów z zagranicy i trudno oczekiwać, aby w niekorzystnym klimacie wokół Polski mogło się to zmienić. Dodając do tego możliwość obniżki wieku emerytalnego, co spowodowałoby dodatkową podaż akcji ze strony OFE, nie można wykluczyć, że splot tych czynników doprowadziłby WIG20 w okolice poniżej 1500 pkt. MBL
Piotr Kaźmierkiewicz, analityk, CDM Pekao
Obniżka ratingu Polski przez S&P może być dodatkowym dociskiem dla WIG20. Kolejnym krokiem będzie bowiem przyjrzenie się ratingom banków notowanych na GPW, które (jeśli faktycznie ustawa o przewalutowaniu kredytów frankowych wejdzie w życie w proponowanym brzmieniu) znajdą się w głębokim kryzysie. To pociągnie WIG20 na nowe minima i może sprowadzić indeks do dołków z października 2008 r. (okolice 1482 pkt). MBL
Piotr Kaczmarek, analityk, Dom Maklerski BDM
WIG20 znajduje się w okolicach dna obecnego cyklu, przesilenie jest już blisko. Indeks notowany jest kilkaset punktów. powyżej dołka z 2008 r. Oczywiście nie można jednak wykluczyć wyraźnego zbliżenia do tego poziomu. Nie jest to jednak scenariusz bazowy, przypisuję mu 10–15 proc. prawdopodobieństwo. Alternatywny czarny scenariusz to sytuacja, w której małe i średnie spółki podążą ścieżką blue chips, co w praktyce oznaczałoby istną panikę na GPW. Taka sytuacja też wydaje się mało realna, choć, jak wiadomo, „nigdy nie mów nigdy". Warunek realizacji: głównie dramatyczne umorzenia w TFI w połączeniu z zanikiem płynności. MBL
Waluty i obligacje | Będzie nerwowo?
Marek Rogalski, główny analityk, Dom Maklerski BOŚ
Polskie aktywa zostały już dość mocno przecenione na tle regionu, a złoty jest chociażby mocno wyprzedany w relacji do forinta. W najbliższym czasie trudno więc oczekiwać kontynuacji tak dynamicznej przeceny, chociaż analiza techniczna dopuszcza jeszcze osłabienie się złotego w relacji do koszyka o 10 groszy. Tym samym ewentualny czarny scenariusz nie byłby raczej kreowany przez informacje z kraju. Potencjalne obszary ryzyka to Chiny i tym samym cała Azja. Warto też się liczyć ze skutkami taniej ropy, a konkretnie zamieszaniem w globalnym sektorze bankowym, które mogłyby wywołać poważne problemy finansowe czołowych producentów tego surowca. To może być temat na drugą połowę roku. Co do naszego rynku obligacji – globalne zawirowania mogłyby podbić poziomy rentowności, niemniej w scenariuszu bazowym trudno zakładać poziomy wyższe niż 3,65 proc. dla 10-latek. MBL
Marcin Kiepas, główny analityk, Admiral Markets
Piątkowa decyzja Standard & Poor's o cięciu ratingu Polski i ostrzeżenie przed dalszą jego obniżką zmienia spojrzenie na perspektywy polskiej waluty i długu. Agencja mocno zwraca uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze, że Polska może iść węgierską ścieżką, co może budzić obawy nie tylko o niezależność NBP, ale też o przyszłość OFE, harmonijnego funkcjonowania w ramach UE czy też naturalnych bezpieczników w postaci reguły wydatkowej czy konstytucyjnych progów ostrożnościowych. Po drugie, sugeruje ona, że sytuacja gospodarcza będzie gorsza, niż to zakłada polski rząd. W tym przede wszystkim należy się liczyć z przekroczeniem progu deficytu na poziomie 3 proc. To nie jest scenariusz obcy rynkom. Coraz większa grupa ekonomistów na to wskazuje.
Piątkowa decyzja S&P wzmacnia oczekiwania na cięcie ratingu również przez Moody's i obniżenie jego perspektywy przez Fitcha. Jednocześnie każe wykluczyć możliwość cięcia stóp procentowych przez nową RPP. Dla złotego czynniki ryzyka, na które wskazuje S&P, należy wycenić na około 20 gr. To oznacza, że jeszcze w pierwszej połowie roku za euro trzeba będzie zapłacić nawet 4,60 zł, natomiast dolar i frank szwajcarski mogą kosztować po 4,20 zł.
Te same czynniki będą też wywierać stałą presję na wzrost rentowności polskich obligacji. Można oczekiwać, że inwestorzy zagraniczni będą częściowo zamykać pozycje, podczas gdy dotychczasowy popyt z banków centralnych się zmniejszy. Nie oczekuję jednak mocnej wyprzedaży polskiego długu. Raczej powolną i stałą presję podażową, która wywinduje rentowności 10-latek do 3,60–3,80 proc. MBL