Grudniowe odczyty PMI sugerują, że przemysł w strefie euro tkwi w głębokiej recesji. Dlaczego ostatnie sygnały poprawy koniunktury na świecie, w tym w Chinach, nie mają przełożenia na Europę?
W Chinach trwa przebudowa modelu rozwoju. Tamtejsza gospodarka w coraz większym stopniu opiera się na popycie konsumpcyjnym, a w mniejszym na popycie inwestycyjnym. A to oznacza, że maleje zapotrzebowanie na maszyny i tego rodzaju dobra inwestycyjne eksportowane z Europy. Na to nakładają się jeszcze oczekiwania przedsiębiorców, którzy od dwóch lat słyszą nieustannie, że konflikty handlowe wywołają kryzys. Oni się do tego dostosowują.
Wygląda jednak na to, że USA i Chiny doszły do porozumienia. To poprawi koniunkturę w europejskim przemyśle?
Z pewnością informacje o tym porozumieniu pozytywnie wpłynęły na nastroje na rynkach finansowych, ale nie jest dla mnie jasne, jak przełoży się na nastroje wśród przedsiębiorstw. Chodzi o to, że jeśli Donald Trump wynegocjował z Chinami takie warunki handlu, jakich oczekiwał, zamknął ten front wojny handlowej, to teraz może skupić się na stosunkach handlowych z Europą. Niemcy wprawdzie robią wiele, aby pokazać USA, że nie tylko dużo na tamtejszy rynek eksportują, ale też sporo w USA produkują. Ale trudno powiedzieć, na ile ta dyplomacja będzie skuteczna.
Polski przemysł wciąż jest dość odporny na recesję w tym sektorze za Odrą. Co więcej, branże zorientowane na eksport radzą sobie lepiej niż te, które skoncentrowane są na rynku wewnętrznym. W pierwszych dziesięciu miesiącach roku eksport towarów z Polski rósł niewiele wolniej niż w takim samym okresie ub.r., choć wyraźnie wolniej niż w 2017 r. Czy można oczekiwać, że dynamika eksportu ustabilizuje się na obecnym poziomie, nawet jeśli recesja w europejskim przemyśle będzie się przedłużała?
Teoretycznie to, co dzieje się za granicą, powinno z opóźnieniem wydarzyć się też w Polsce. To, że tak się nie dzieje, ma kilka przyczyn. Polscy eksporterzy często są w stanie wykorzystać okresy dekoniunktury w strefie euro, żeby wejść na tamtejszy rynek albo umocnić swoją pozycję. W okresie spowolnienia tamtejsi konsumenci tracą przywiązanie do marek, po które zwykle sięgają, szukają tańszych alternatyw. I potem niekiedy przy tych substytutach zostają, bo przekonują się do ich dobrej jakości. Poza tym to, że w Niemczech produkcja przemysłowa maleje, a w Polsce przyzwoicie rośnie, częściowo może być wynikiem przenoszenia produkcji z Niemiec do Polski. Chodzi o produkcję firm, które mają zakłady w różnych miejscach Europy i mogą ją przesuwać w zależności od potrzeb. Jeśli to przesuwanie produkcji będzie trwało, to wyniki polskiego przemysłu i eksportu pozostaną przyzwoite. Do optymizmu może skłaniać jeszcze odbudowa eksportu na rynki Europy Wschodniej oraz dynamiczny wzrost sprzedaży do krajów rozwiniętych spoza UE, czyli do USA, Kanady i Japonii. Widać również przyspieszenie wzrostu eksportu na rynki wschodzące, który przez lata był niemrawy.
Wśród tych rynków wschodzących są też Chiny. Czy jest możliwe, żeby polski eksport w tym kierunku nadal szybko rósł, choć tamtejsza gospodarka hamuje i jest to jedną z przyczyn kryzysu w europejskim przemyśle?
To prawdopodobne. Bogacące się społeczeństwo Chin będzie ciekawe produktów z innych rejonów świata. Dotyczy to produktów spożywczych, ale też np. kosmetyków. Na razie chiński rynek jest bardzo hermetyczny, ale to może się zmieniać. Poza tym od kilku lat Chiny wysyłają do Europy ludzi, którzy krzewią tu ideę Nowego Jedwabnego Szlaku. Oni przy okazji szukają, co można z Europy do Chin przywieźć, żeby pociągi nie jeździły w jedną stronę puste. GS