Parkiet TV

Polskie akcje też powinny zyskiwać

Spadki indeksów, które mogą zdarzyć się po silnych wzrostach, mogą posłużyć do szybkiej akumulacji akcji - mówi Tomasz Bursa, wiceprezes Opti TFI.
Foto: Parkiet TV

W najnowszym raporcie oceniają państwo, że rynek akcji jest najbardziej perspektywiczny w nadchodzącej dekadzie. Dlaczego?

Jeden argument to niskie stopy procentowe, w Polsce przybrał on ostatnio na znaczeniu, klienci dostrzegają, że wśród instrumentów finansowych nie ma alternatywy dla inwestowania pozwalającej chronić przed inflacją. Ale istotny jest też argument innowacyjności i rozwoju gospodarczego, przed którym stoi światowa gospodarka. Pierwszy raz od lat 80. mamy silny impuls w tym zakresie, który wspierany dużym impulsem fiskalnym przez największe rządy. Mam na myśli dwie duże transformacje. Cyfrową, która trwa od lat, ale przyśpieszyło znacząco w czasie pandemii. Druga to transformacja energetyczna, która w Polsce kojarzy się głównie z zieloną energią, ale globalnie ma szerszy kontekst i dotyczy gospodarki wodorowej czy elektryfikacji ogólnie.

Co z rynkiem akcji w perspektywie krótko- i średnioterminowej?

Lokalne spadki, które mogą się zdarzyć po silnych wzrostach, w dużej mierze mogą być wykorzystywane do szybkiej akumulacji. Pół roku temu wspominałem o strachu przed nieposiadaniem akcji i to się materializuje. Zakładamy, że krótkoterminowo mogą wystąpić pewne s szoki podażowo-popytowe na rynku akcji, np. związane z rotacją ze spółek typu growth to value, ale nie sądzę, aby spadki mogły być więcej niż 10 proc. Pieniądza zainteresowanego okazyjnym kupowaniem różnych spółek w różnych sektorach jest relatywnie dużo. Dla inwestora, który chce wejść okazyjnie na rynek na kilka miesięcy obecny moment może być trudny. Jednak dla kogoś, kto myśli w perspektywie pięcioletniej moment może być dobry.

Spodziewają się państwo, że rynek polski może rosnąć średniorocznie 5-6 proc. a najlepiej radzić sobie mogą giełdy w USA. Czy to możliwe mimo rekordów na tamtym rynku?

Podtrzymujemy te szacunki. W długim terminie trzy elementy określają stopy zwrotu z akcji: stopa dywidendy, stopa jej wzrostu w średnim okresie i na ile akcje mogą potanieć lub podrożeć w relacji do generowanych zysków (tzw. derating lub rerating). Ten ostatni element najtrudniej przewidzieć. Dzisiaj akcje w USA wyceniane na ponad 20x zyski nie są historycznie tanie. Jednak przy obecnych zerowych stopach procentowych to nie to samo co 20x zyski przy stopach procentowych 3-4 proc. Faktycznie rynek amerykański po silnych wzrostach może się wydawać agresywnym założeniem i w krótkim terminie trudno przewidzieć jego zachowanie. Jednak założenia przyjęte dla np. spółek technologicznych to stopy wzrostu dywidend lub zysków na akcje na poziomie mniej niż 10 proc. rocznie. Z kolei zyski wielu spółek z NASDAQ rosły rok do roku po kilkadziesiąt procent. Zatem nasze założenia nie wydają się agresywne. W przypadku wielu spółek bardziej tradycyjnych widzimy stopy zwrotu z kapitału w okolicach 20 proc. i odprowadzają akcjonariuszom połowę, drugą przeznaczają na dalsze reinwestycje. Zatem nasze założenia nie wydają się agresywne. Aby osiągnąć wzrost zysku na akcje rzędu 7-8 proc. rocznie wcale nie trzeba nadzwyczaj dużego wzrostu przychodów, często wystarczy 4-6 proc. przy kontroli kosztów dzięki efektowi nożyc operacyjnych. Raczej nie patrzyłbym na to czy S&P 5000 jest blisko rekordów, liczy się potencjał spółek z indeksu a makrotrendy, o których wspomniałem, dają solidne podstawy do długoterminowych wzrostów.

Co z rynkiem polskim?

Założyliśmy wzrost rzędu 4-6 proc. rocznie. Mamy silną polaryzację na GPW, jest tu pewna grupa spółek, bardziej małych i średnich, która jest eksponowana na atrakcyjne trendy jak np. IT. W porównaniu do globalnych graczy nie są mocno wycenione i mogą rosnąć szybciej, mogą osiągnąć dwucyfrowe stopy wzrostu. Z drugiej strony są np. duże spółki bankowe, dla których trudno prognozować dwucyfrowe wzrosty zysku skoro zwrot z kapitału, które są w stanie osiągnąć, to maksymalnie 7-8 proc. Musimy też pamiętać, że w perspektywie najbliższej dekady polska gospodarka, która teraz nieźle sobie radzi, zmierzy się z deficytami, więc trudno zakładać, że wzrost gospodarczy z ostatnich lat rzędu 4-5 proc. będzie kontynuowany, raczej spowolni później do 2-3 proc. Nie sądzimy, że Polska będzie liderem wzrostu gospodarczego rynków wschodzących, raczej będą nimi kraje Azji Płd.-Wsch.

Banki są istotne dla GPW. Jak pan ocenia ten sektor?

Propozycje ugód dla frankowiczów to dobra idea, trzeba zmniejszać ryzyko ciążące od lat i wręcz przybierające na sile. Rynek dyskontuje mocno negatywny scenariusz w zakresie franków i gdyby doszło do znalezienia porozumienia z klientami z kursem przewalutowania „pomiędzy" zaciągnięcia a bieżącym, mogłoby to być pozytywnie odebrane przez inwestorów. Franki to ważny problem, ale nie główny dla polskiego sektora bankowego. Są nim niskie stopy procentowe, na które banki w naszym kraju nie były przygotowane. Przez lata dobrze zarabiały na spreadzie depozytowym, ale skończyło się w 2020 r. po cięciu stóp. Drugi problem, jaki ma sektor bankowy, dotyczy popytu na kredyt. Mamy tani, dostępny pieniądz, ale w bankach wcale wzrost akcji kredytowej nie jest wysoki, dotyczy to także innych krajów. Banki na świecie tracą na rzecz innych źródeł finansowania. W USA dobrze radzą sobie banki mające mieszankę tradycyjnej bankowości z inwestycyjną. Dzieje się tak, bo próbują dostosować się do wymogów regulacyjnych dla akcji kredytowej, które są wysokie i obniża to wzrost z kapitału. Z kolei banki inwestycyjne mają szersze spektrum możliwości, mogą oferować np. finansowanie strukturami, obligacjami czy aranżowanie transakcji z private-equity. Duże banki amerykańskie były na to przygotowane, dzięki czemu mają wysoką rentowność i mnożniki wyceny. Europejskie banki do tego jeszcze nie doszły, przed nimi ogromna praca w tym zakresie. Ubolewam, że w Europie dyskusja w bankach ciągle się jak obniżyć koszty działania czy ryzyka. Za mało jednak rozmawia się o biznesie.

Co dalej z notowaniami banków?

W krótkim terminie banki mogą zyskiwać, bo bardzo mocno ich notowania spadły, sporo negatywnych scenariuszy zostało ujętych w wycenach, które są niskie. Jakiekolwiek pozytywne informacje, dotyczące choćby polityki dywidendowej, mogą wesprzeć notowania, bo możliwe są stopy dywidendy w bankach rzędu 4-6 proc. Jednak to może być tylko tyle, bo długoterminowa, 10-letnia stopa zwrotu z banków może się zmaterializować w pół roku, w rok. Europejskiego sektora bankowego raczej bym więc nie polecał, w USA sytuacja jest inna.

Wiele wskazuje na to, że zerowe stopy procentowe pozostaną z nami na dłużej. Co z obligacjami czy surowcami?

Dla inwestora indywidualnego raczej surowce są najtrudniejszą grupą. Dziś może być najatrakcyjniejszą, ale jest bardzo duża polaryzacja, bo są surowce w dużym odwrocie jak np. węgiel czy ropa naftowa, na które nie stawiamy. Jednak są też surowce związane z elektromobilnością takie jak miedź czy lit. Ze złotem jest ten problem, że wprawdzie dobrze chroni przed inflacją, ale ma tę wadę, że często jego notowania poruszają się skokowo i ten skok, blisko 25-proc. wzrost, odbył się w 2020 r. Może być więc tak, że sporo już zdyskontowało się. Obligacje paradoksalnie stały się niebezpiecznym instrumentem, bo teraz na krótkoterminowych papierach nie zarabia się nic. Trzeba więc szukać długoterminowych, ale gdyby się okazało, że pojawiają się pewne szoki inflacyjne, więc ceny obligacji mogą istotnie spaść. Zysk więc z obligacji niewielki, a ryzyko może być spore.

Podsumowując – jeśli ktoś nie chce płacić „podatku inflacyjnego" nie ma sensownych aktywów do wyboru poza akcjami?

To sformułowanie, które w perspektywie dekady będzie intensywnie używane. Musimy zdawać sobie sprawę, że jeśli ktoś teraz zainwestuje w obligacje i przyjmie stopę inflacji 3 proc. rocznie, to w ujęciu realnym po 10 latach będzie 20 proc. biedniejszy. Dla akcji nie ma alternatywy, jeśli chcemy zbudować średni lub długoterminowy portfel emerytalny. Makrotrendy stojące za rynkiem akcji są na tyle silne, że powinny przynieść wyższe stopy zwrotu niż bezpieczne instrumenty. Zachęcamy do długoterminowego, stopniowego budowania kapitału, próba jednorazowego dużego wejścia na rynek po wielkiej korekcie jest bardzo trudna.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.