Okiem eksperta

Wspinaczka z wybojami

Początek ubiegłego tygodnia zwiastował to, co znaliśmy przez praktycznie całe wakacyjne miesiące, tj. powolną, ale konsekwentną wspinaczkę indeksów zagranicznych w górę.

Kamil Hajdamowicz, doradca inwestycyjny, Vienna Life TU na Życie, Vienna Insurance Group

Foto: materiały prasowe

I oczywiście widok krajowych indeksów gdzieś dużo niżej, u podnóża wzniesienia. W przypadku rynku amerykańskiego to wzniesienie było dziwną formacją, bo niemal każdego dnia wspinacze odnajdywali nowy szczyt, a droga wydawała się ciągnąć dalej. Idąc dalej tą analogią, sesja z ostatniego czwartku wydaje się być mglistą doliną po drodze, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, nie było jednej, twardej przyczyny spadku. Rynek zaczął się nagle osuwać, dostrzegając jakby otaczające go nieprzerwanie od kilku miesięcy czynniki ryzyka. Po drugie, trudno na razie powiedzieć, czy jest to sygnał ostrzegawczy, czy niewielka przerwa we wzrostach. Biorąc pod uwagę skale wzrostu, gdy ponad 5-proc. spadek sprowadza rynek do poziomu sprzed zaledwie półtora tygodnia, można by stwierdzić, że nic wielkiego się nie stało. To, że znajdujemy się na kosmicznych poziomach, wie każdy uczestnik rynku. Tak samo jak każdy ma świadomość, że hossa, zwłaszcza tak dynamiczna, kiedyś się kończy. Z drugiej jednak strony ta wiedza towarzyszy nam już od naprawdę wielu tygodni, a jedynymi przegranymi na razie są ci, którzy walczyli z trendem.

Z bańkami inwestycyjnymi, a w przypadku Wall Street nie jestem daleki od prawdy, wiążą się dwa wyzwania. Pierwszym z nich jest samo stwierdzenie faktu istnienia bańki, co przy obecnej ilości pieniądza w obiegu jest bardzo trudne, korzystając z historycznych analogii. Co też ważne, kryteria są bardzo zmienne w czasie i nawet dziś nie byłbym w 100 procentach pewien, czy mam pełen zestaw danych do stwierdzenia istnienia bańki. Drugim wyzwaniem jest timing wyjścia z rynku. Sam fakt stwierdzenia istnienia bańki nie oznacza, że ta musi od razu pęknąć. Przykładowo, o przegrzaniu w drugiej połowie lat 90. mówiło się już od 1996 roku. Patrząc na obecną hossę, mam tu na myśli długi okres, trwający od roku 2009, o krańcu zwyżek mówiło się zarówno w latach 2013,

2016, jak i mówi obecnie.

A zaniechanie obecności na wzrostowym rynku generuje wyższe straty alternatywne niż ewentualne realne straty poniesione na rynkowej korekcie.

Schodząc nieco na ziemię z tych górnolotnych analogii, w najbliższych tygodniach rynek amerykański, a w ślad za nim wszystkie inne, mają pełne przesłanki, by pokazać podwyższoną zmienność. Bardzo wysoki poziom wycen, w dalszym ciągu niepewna koniunktura gospodarcza, niezamknięta kwestia sporów handlowych z Chinami i zbliżające się wybory, mogą jeszcze

nieraz zabujać rynkami w kolejnych tygodniach. Nigdy nie znamy momentu, gdy inwestorzy zaczną dostrzegać fundamenty. I nie mam też wątpliwości, że jeśli krajowy rynek nie uczestniczył we wszystkich zwyżkach, nie pozostanie bierny w przypadku spadków. A niski poziom wycen nie ma tu większego znaczenia. ¶

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.