Rada Prezesów Europejskiego Banku Centralnego, zgodnie z wysyłanymi w poprzednich tygodniach sygnałami, zdecydowała się w czwartek na rozluźnienie polityki pieniężnej. To reakcja na spowolnienie w gospodarce strefy euro, które zatacza coraz szersze kręgi. Co do tego, czy działania EBC gospodarce pomogą, ekonomiści mają wątpliwości. Ale decyzje frankfurckiej instytucji spodobały się inwestorom. Nie przypadły natomiast do gustu prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi.
Idzie wojna walutowa?
Bezpośrednim argumentem na rzecz poluzowania polityki pieniężnej były nowe prognozy ekonomistów EBC. Wynika z nich, że gospodarka strefy euro urośnie w tym roku o 1,1 proc., po 1,9 proc. w ub.r. W 2020 r. ma się powiększyć o 1,2 proc., a rok później o 1,4 proc. Dla porównania, w czerwcu eksperci z EBC oceniali, że PKB Eurolandu zwiększy się w tym roku o 1,2 proc., a w kolejnych dwóch latach po 1,4 proc.
Jeszcze wyraźniej EBC zrewidował swoje prognozy dotyczące inflacji. Ta w tym roku wynieść ma średnio 1,2 proc., po 1,8 proc. w 2018 r. W 2020 r. spadnie do 1 proc., a w 2021 r. wzrośnie do 1,5 proc., nadal pozostając poniżej celu inflacyjnego EBC na poziomie 2 proc. Latem frankfurcka instytucja zakładała, że inflacja w tym roku wyniesie 1,4 proc., a następnie 1,4 i 1,6 proc.
Aby zwiększyć prawdopodobieństwo, że inflacja wróci do celu, Rada Prezesów zdecydowała się na obniżenie stopy depozytowej z -0,4 do -0,5 pkt proc. Jednocześnie jednak zapowiedziała, że będzie ona obowiązywała tylko w odniesieniu do części nadobowiązkowych rezerw banków komercyjnych w EBC. To rozwiązanie ma złagodzić negatywny wpływ ujemnej stopy depozytowej na rentowność banków.
Rada Prezesów wznowiła też przerwany w grudniu program ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej (QE), czyli skupu na rynku wtórnym obligacji skarbowych i korporacyjnych. EBC będzie na niego przeznaczał 20 mld euro, czyli wyraźnie mniej niż poprzednio. W trakcie pierwszej rundy QE, trwającej od 2015 r., frankfurcka instytucja kupowała aktywa nawet za 80 mld euro miesięcznie.
Zdaniem Sebastiena Galy'ego, ekonomisty z banku Nordea, część członków Rady Prezesów EBC obawiała się, że QE na większą skalę zostałby w USA odebrany jako próba osłabienia euro, na co administracja Donalda Trumpa mogłaby odpowiedzieć podwyżką ceł na import europejskich towarów.
Obawy, jak się okazało w czwartek, nie były bezzasadne. Choć EBC nie zdecydował się na agresywne poluzowanie polityki pieniężnej, prezydent USA i tak oświadczył na Twitterze, że frankfurcka instytucja skutecznie deprecjonuje euro.
Nieosiągalny cel
Wznowienie QE, choć na rynkach finansowych było oczekiwane, wywołało wyraźny wzrost cen (spadek rentowności) obligacji skarbowych państw strefy euro. Tak silna reakcja inwestorów mogła być spowodowana tym, że EBC nie wyznaczył ram czasowych dla nowej rundy QE. Zapowiedział, że skup obligacji będzie kontynuował tak długo, jak będzie to potrzebne, aby „wzmocnić pobudzający wpływ stóp procentowych". Te zaś mają pozostać na obecnym bądź niższym poziomie do czasu, aż inflacja – w tym bazowa, czyli nieobejmująca cen energii i żywności – trwale wróci do celu EBC. Wcześniej frankfurcka instytucja sugerowała, że nie będzie podwyższała stóp co najmniej do połowy 2020 r.
– EBC będzie miał kłopot, aby sprowadzić inflację bazową w okolice 2 proc. nawet przy najlepszej koniunkturze. Ten cel jest strukturalnie nieosiągalny – ocenił Claus Vistesen, ekonomista z firmy analitycznej Pantheon Macroeconomics. Według niego czwartkowy komunikat EBC można uznać za zapowiedź, że ujemne stopy procentowe, a być może także program QE w przewidywalnej przyszłości będą trwałym elementem finansowego krajobrazu w strefie euro.