W czwartek rano euro sięgnęło poziomu 4,40 zł, ale cofnęło się do 4,37 zł po południu. Dolar wyszedł ponad poziom 3,86 zł i później zawrócił do 3,8450 zł. Złoty próbuje zatem bronić się przed nadmiernym osłabieniem, które jest wynikiem wyraźnych zawirowań na rynkach światowych. W ciągu dwóch dni dolar mocno zyskał, ciągnąc za sobą m.in. waluty rynków wschodzących.

Globalny risk–off to wynik strachu przed tym, co dzieje się na rynkach długu. W środę rentowności amerykańskich treasuries skoczyły najwięcej od pamiętnego kwietnia ubiegłego roku, kiedy to prezydent Donald Trump prezentował tablicę z nowymi cłami. W czwartek z kolei rentowności cofnęły się, ale nieznacznie.

Uczestnicy rynków wskazują, że trudno spodziewać się zmiany tego niekorzystnego trendu, biorąc pod uwagę perspektywę utrzymania się wysokich cen ropy na rynkach, a także nadzwyczajną (do czasu?) siłę amerykańskiej gospodarki.

Nerwowość podbija też perspektywa wyborów połówkowych w Stanach Zjednoczonych oraz świadomość, że władze federalne przez kolejne miesiące nie zrobią nic, aby zmienić niekorzystne tendencje utrzymujące się w finansach publicznych. Tym samym dalsze wzrosty rentowności obligacji na rynkach to przepis na coraz większą nerwowość i problemy złotego. Decydenci powinni w tym momencie konkretniej zasygnalizować możliwość podwyżki stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej późną jesienią, która byłaby reakcją na działania Europejskiego Banku Centralnego i Rezerwy Federalnej.