Środa znów stała pod znakiem wzrostów na rynku metali szlachetnych. Mocno prezentowało się srebro, które po południu zyskiwało na wartości około 2 proc. Wzrosty nie ominęły także złota. Tutaj mieliśmy do czynienia z ruchem o około 1 proc. To jednak pozwoliło, aby złoto wyszło powyżej poziomu 4400 USD za uncję.
Można więc mówić, że złoto odżyło na dobre, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że jeszcze w połowie lipca było poniżej poziomu 4000 USD. Już wtedy wielu ekspertów rynkowych wskazywało, że w kolejnych miesiącach królewski kruszec powinien być na wyższych poziomach. Do tej układanki brakowało słabszego dolara. Ten scenariusz zaczął się realizować w ostatnich tygodniach, kiedy okazało się, że nowy szef Fed Kevin Warsh nie jest tak jastrzębi, jak mogłoby się wydawać po pierwszym posiedzeniu Fedu. Dane z amerykańskiej gospodarki również nie pchają amerykańskiego banku centralnego w stronę wyższych stóp procentowych. W środę dane o inflacji CPI okazały się zgodne z oczekiwaniami: CPI wzrósł o 0,1 proc. m/m i 3,4 proc. r/r, natomiast inflacja bazowa wyniosła 0,2 proc. m/m i 2,5 proc. r/r. Po publikacji szansa na brak podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych we wrześniu wzrosła do 60 proc. wobec 45 proc., które widzieliśmy tydzień wcześniej. Brak zaskoczeń ze strony inflacji okazał się więc wystarczającym pretekstem do tego, by metale szlachetne, ze złotem na czele, kontynuowały rozpoczęty jakiś czas temu ruch. Dopóki rynek znów nie zobaczy nad sobą cienia jastrzębia, wydaje się, że złoto nadal może zyskiwać.