W tej trudnej sytuacji jednym z rozwiązań mogłoby być pozyskiwanie nowych emitentów, którzy – jako zbyt mali, aby być przedmiotem zainteresowania dużych inwestorów i instytucji finansowych uzasadniających zawieranie transakcji „wewnętrznych”, mogliby pozostawać jako notowani na giełdach. Niestety, nie za bardzo jest to możliwe, przynajmniej z dwóch powodów.
Powód pierwszy to przykry fakt, że trudno liczyć na spontaniczne debiuty giełdowe. Emitenci są obciążeni tak poważnymi obowiązkami informacyjnymi, że nie są w stanie konkurować ze spółkami nienotowanymi.
Z drugiej strony nie otrzymują oni za tę ekstremalnie wysoką przejrzystość informacyjną żadnych korzyści. Kiedyś korzyścią tą był dostęp do kapitału, ale obecnie obfitość źródeł finansowania powoduje, że nie trzeba decydować się na debiut giełdowy, aby otrzymać pieniądze.
Najbardziej dobitnie ilustruje to zachowanie emitentów – nie korzystają oni z finansowania rynkowego, choć dla nich jest ono bardzo proste. Mogą przecież dokonywać nowych emisji akcji w zasadzie z dnia na dzień bez konieczności sporządzania i akceptacji prospektu emisyjnego. W ostatnich tygodniach w praktyce wykazała to Energa podnosząc kapitał o 67 proc. w trybie bezprospektowym. Jednak jedna emisja wiosny nie czyni – pomimo wzrostu indeksów o 250 proc. w ciągu 10 lat, wciąż spółki giełdowe stronią od tej formy finansowania.
W takiej sytuacji nie powinniśmy oczekiwać samoistnych debiutów giełdowych w celu pozyskiwania kapitału. Skoro nie robią tego spółki giełdowe, dla których jest to bardzo proste, tym bardziej nie będą tego robić podmioty, które muszą sporządzić prospekt emisyjny i wejść w reżim surowych wymogów przejrzystości informacyjnej utrudniającej prowadzenie biznesu.
Pojedyncze debiuty się zdarzają, ale warto podkreślić, że najczęściej mamy do czynienia z wejściem na giełdę nie tyle spółki, co jej akcjonariusza. Chodzi o to, że spółki nie dokonują nowych emisji akcji, a jedynie sprzedawane są akcje „stare” będące w posiadaniu akcjonariuszy. Czyli celem debiutu nie jest pozyskanie kapitału na dalszy rozwój spółki, ale znalezienie możliwości wyjścia z inwestycji. Sama spółka nie ma żadnych korzyści z debiutu, nie wpływa do niej ani jedna złotówka z tego tytułu, a będzie się musiała mierzyć z trudniejszymi warunkami prowadzenia biznesu. Nie dziwi mnie zatem, że – jak wynika z analizy SEG – średnioroczna stopa zwrotu spółek debiutujących w ostatniej dekadzie wyniosła zaledwie 1,62 proc. i była istotnie niższa od stóp zwrotu generowanych przez „starych” emitentów.
W obecnych uwarunkowaniach regulacyjno-rynkowych paradoksalnie na debiut giełdowy mogą sobie pozwolić wyłącznie te spółki, które tego nie potrzebują. Jeśli bowiem są wystarczająco duże, aby stać się przedmiotem zainteresowania ze strony funduszy inwestycyjnych, jednocześnie są dość atrakcyjne dla banków i/lub funduszy private equity, nie muszą zatem wybierać się na giełdę. A jeśli nie są tak duże, nie są w kręgu zainteresowania banków lub private equity, to debiut giełdowy się nie powiedzie, bo nie kupią ich fundusze inwestycyjne, a inwestorzy detaliczni sami żadnej oferty nie udźwigną.
Niestety, dużo częściej od debiutów zdarzają się delistingi. W ciągu ostatniej dekady zniknęło z rynku 149 spółek (w ujęciu netto, tj. uwzględniając debiuty – bez tego te statystyki byłyby jeszcze bardziej zatrważające), czyli ok 16 proc. I bardzo podobne są dane dotyczące rynku UE jako całości. Giełdy znalazły się zatem w bardzo trudnej sytuacji – obrót największymi spółkami przejmowany jest przez inne platformy, a obrót małymi spółkami wysycha, gdyż nie pojawiają się one na rynku. Przejściowo problemy te przykrywane są wzrostami obrotów wynikającymi z hossy, ale jeśli rynek się odwróci, giełdom zajrzy w oczy głód.
I to jest właśnie drugi problem – giełdy zaangażowane w walkę konkurencyjną z innymi formami obrotu, zmuszone do walki obronnej, nie mają dość sił i środków, aby poświęcić je na działania ofensywne, tj. prowadzenie długofalowych działań mających na celu przekonanie nowych spółek do debiutu, tym bardziej, że im większy osiągną sukces, tym większe prawdopodobieństwo, że obrót nowego emitenta i tak ucieknie gdzie indziej. To tak jakbyśmy oczekiwali, że kluby będą prowadziły szkółki piłkarskie bez zapewnienia jakiejkolwiek rekompensaty w przypadku, kiedy starannie wyselekcjonowany i wytrenowany zawodnik zacznie grać dla konkurencji.
Co mogłoby odwrócić te trendy i uczynić ponownie giełdy miejscami, gdzie dochodzi do koncentracji popytu i podaży? O tym napiszę w kolejnych tekstach.