Co jest główną siłą zespołu maklerów z Santander BM?
Myślę, że przede wszystkim różnorodność. Mamy w zespole osoby o najróżniejszych specjalizacjach i kompetencjach w związku z ponadprzeciętną paletą produktów, które oferujemy naszym klientom. Uważam, że daje to naszym partnerom poczucie „one stop shop”, co sobie cenią. Dodatkowo jestem dumny z mojego zespołu za olbrzymie zaangażowanie, które wkłada w obsługę dosłownie każdego klienta, codziennie, przez cały rok.
Co jest kluczowe dla waszych klientów?
Sądzę, że nie da się odpowiedzieć na to pytanie jednym stwierdzeniem i nie ma jedynego Świętego Graala. Przede wszystkim wymieniłbym tutaj zrozumienie potrzeb, błyskawiczną obsługę, kreatywne podejście do rozwiązywania powstających problemów i wyzwań oraz wspieranie pomysłami inwestycyjnymi. W swoim zespole cenię sobie także to, że tak naprawdę w obsłudze klienta stara się myśleć... jak klient. Zadajemy sobie często pytanie, czego jako klient byśmy w danym momencie oczekiwali od swojego maklera, i w ten sposób działamy.
Trudniej jest utrzymać zespół czy go wzmacniać?
Rynek pracy maklerów instytucjonalnych jest specyficzny. Od lat mało tu świeżej krwi, a ze swojego doświadczenia wiem, że pracujące na nim, a cenione osoby ostatnio tak naprawdę rzadko chcą zmieniać miejsce pracy. Dobrze czując się u swoich obecnych pracodawców. A szkoda. Ta specyfika ma jednak konsekwencję taką, że jak już jakiś ruch personalny się wykona, to zaczyna się efekt domina – ktoś odchodzi, więc w jego miejsce musi przyjść ktoś z innej firmy, w której z kolei też będą kogoś potrzebowali itd… I dzieje się to w pewnych cyklach – wiele lat stabilizacji, po czym skondensowana karuzela. A ostatnia taka miała miejsce dość dawno, bo jakieś trzy lata temu.
Wysokie zarobki w branży to fakt czy mit?
W zestawieniu z innymi, szybko rozwijającymi się ostatnio branżami oraz w wartościach realnych w porównaniu z momentem świetności rynku maklerskiego sprzed, powiedzmy, 15 lat, to pewnie bardziej mit. Natomiast faktem jest, że osoby dobre są atrakcyjnie wynagradzane za swoją wielogodzinną, intensywną i stresującą pracę. Bardzo często mam poczucie, że zawód ten wykonuje się od bladego świtu do późnego wieczora, więc naturalne jest, że powinien on być należycie wynagradzany przez pracodawcę (czerpiącego z tej ciężkiej pracy korzyści).
Widać coraz większą siłę zdalnych członków na GPW. Jaki mają wpływ na waszą pracę?
Wielowymiarowy. Z jednej strony można by na to narzekać, ponieważ w uproszczeniu da się twierdzić, że zabierają nam, podmiotom o mniejszych zasobach, biznes, dodatkowo wywierając presję na marżę. Jednak z tymi podmiotami też da się współpracować i świadczyć im usługi. Czasami są to po prostu wyspecjalizowane podmioty, które działając w swoich niszach, wzbogacają GPW generowaną przez siebie płynnością. Często docierają do takich asset menedżerów, do których polski broker mógłby nie dotrzeć i nie zainteresować ich naszą GPW.
Jakie cele stawia pan przed sobą, ale też przed zespołem na 2025 r.?
Celem jest, abyśmy mieli taką satysfakcję z obecnego roku, jaką mamy z zeszłego. Rok 2024 był dla nas czasem rozwoju pod względem produktów i klientów i chcielibyśmy, żeby 2025 r. nie był pod tym względem gorszy. Nie chcemy zbaczać z kursu, który obraliśmy parę lat temu, i wierzymy, że ciężka codzienna praca będzie dalej owocować.
Wierzy pan, że nasze indeksy w końce zaczną prezentować się lepiej?
Ciężej byłoby o wewnętrzną motywację, gdybym nie wierzył. Oczywiście jest trochę powodów (jak zawsze!), dla których tak się nie stanie i doskonale potrafię sobie wyobrazić, że będzie znów słabo. Patrząc na zachowanie przez ostatnie lata, to co do zasady nie byłoby to jednak niestety nic szokującego i trzeba byłoby z tym żyć i w tym się odnaleźć. Ale miejmy nadzieję, że owe ryzyka się nie zmaterializują. Pod względem wyceny (mnożników C/Z czy EV/EBITDA) jest atrakcyjnie. Nie jest to oczywiście warunek wystarczający, ale jakby pojawił się jakiś najmniejszy „trigger” dla polskiego rynku, to mogłoby być naprawdę przyjemnie.