Trudno jednoznacznie ocenić, kto zwycięży w tej rozgrywce. Polityka pieniężna przez kilka ostatnich lat miała wielką moc napędzania zwyżek na giełdach. To w niej inwestorzy upatrywali nadziei i szansy na przezwyciężenie gospodarczej zapaści po globalnym kryzysie finansowym, korzystając też z dobrodziejstw taniego pieniądza. Wydawało się, że po siedmiu latach monetarnej stymulacji musi nadejść ożywienie. Tymczasem nie tylko wciąż go nie widać, ale wręcz pojawiają się poważne zagrożenia, zwiastujące kolejny okres spowolnienia wzrostu. Europa, Chiny, Japonia rynki wschodzące i kraje surowcowe to przypadki słabeuszy, do których zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Teraz wszystko wskazuje na to, że jeden z niewielu, jeśli nie jedyny jasny punkt na gospodarczej mapie świata, czyli Stany Zjednoczone, także dostaje zadyszki. A Fed, już szykujący się do zapalenia zielonego światła dla wzrostu stóp procentowych, po raz kolejny będzie musiał powiedzieć „czekam". Samo powstrzymanie się Rezerwy Federalnej przed zmianą polityki może nie wystarczyć do przedłużenia hossy, ale patrząc na w stronę EBC, Banku Japonii i Ludowego Banku Chin, byki mogą liczyć na jeszcze trochę czasu.