Wśród wielu spiskowych teorii, które pojawiły się po styczniowej obniżce ratingu Polski przez agencję Standard & Poor's, warta uwagi wydaje mi się jedna: ekonomiści Bank of America-Merrill Lynch twierdzą, że S&P potraktowała Polskę ostrzej niż dwie konkurencyjne agencje, bo kilka lat temu na Węgrzech zbyt późno zareagowała na reformy Orbana.
Każdy rating jest opinią niezależną, będącą wynikiem transparentnego procesu analitycznego, opartego na globalnie przyjętej metodologii. Bazuje na łatwo mierzalnych i porównywalnych kryteriach. Zarówno metodologię, jak i wszelkie założenia dotyczące opinii o potencjalnych ryzykach musimy potrafić wyjaśnić i uzasadnić nie tylko uczestnikom rynku, ale także regulatorowi (w UE jest nim ESMA, czyli Europejski Urząd ds. Papierów Wartościowych i Rynków – red.). Gdyby nasi analitycy arbitralnie podejmowali decyzje ratingowe odnosząc się do doświadczeń dotyczących innych podmiotów, nie tylko podważaliby sens swojej pracy, ale przede wszystkim osłabialiby naszą reputację i wiarygodność dla rynków finansowych – a to jest kluczowe aktywo, jakim dysponujemy. Już choćby z tego powodu hipoteza, że w Polsce odreagowaliśmy jakieś złe doświadczenia z Węgier, jest nieuzasadniona.