Mówią na niego „Punisher". Obejmując urząd prezydenta, zapowiedział, że nie będzie budował nowych więzień, tylko domy pogrzebowe. Wezwał naród do zabijania narkotykowych dilerów i został wysłuchany – w kilka miesięcy odstrzelono bez żadnego sądu 2 tys. „sprzedawców śmierci". Nazwał amerykańskiego ambasadora „irytującym, gejowskim skurwysynem" i zagroził Chinom zbrojnym oporem przeciw zajmowaniu przez nie spornych wysp na Morzu Południowochińskim. Nie wahał się nabluzgać ONZ i papieżowi Franciszkowi. Łamie wszelkie nakazy i zakazy stworzone przez krajowy oraz międzynarodowy establishment. Prezydent Filipin Rodrigo Duterte nazywany jest przez to „azjatyckim Trumpem". Choć obrońcy praw człowieka i różnego rodzaju polityczni eksperci łapią się za głowy, obserwując jego poczynania, to prezydent Duterte jest lubiany przez biznes. Postrzega go się jako człowieka, który ma szansę uczynić z Filipin kolejnego azjatyckiego tygrysa gospodarczego.