Wystarczy spojrzeć na liczby. Jak skrupulatnie zlicza strona ekstraklasa.org, mecz piłkarskiej Lotto Ekstraklasy ogląda w tym sezonie średnio 9512 widzów. Jak jest w żużlu? Mimo że u progu sezonu pogoda kibiców nie rozpieszcza, dotychczasowa średnia wynosi aż 11 243 widzów.

Naturalnie w liczbach bezwzględnych piłka wygrywa – Ekstraklasa liczy 16 zespołów, a żużlowa Ekstraliga tylko 8. Ale do myślenia daje choćby fakt, że na odbywające się na jednej z aren Euro 2012 na mecze Śląska Wrocław z Górnikiem Łęczna, rozegrane w odstępie dwóch tygodni – 15 i 29 kwietnia – przyszło odpowiednio 7675 i 4921 kibiców (dane za 90minut.pl), a żużlowy pojedynek Sparty Wrocław z Unią Leszno 30 kwietnia obserwowało na Stadionie Olimpijskim aż 12 tys. fanów.

Wrocław jest pewnym wyjątkiem pod tym względem, że z powodzeniem w ramach jednego miasta łączy futbol ze speedwayem. Dominuje bowiem przekonanie, że obie dyscypliny raczej się wykluczają, a żużel jest bardziej popularny na prowincji. Nie do końca. W Ekstralidze faktycznie duże miasta reprezentuje tylko Wrocław, ale lepiej jest w niższych klasach. W pierwszej lidze jeżdżą zespoły z Łodzi, Gdańska czy Krakowa. W drugiej – drużyny z Poznania i Lublina. Ciekawostką jest fakt, że polska liga jest tak przyciągająca, że od 2005 r. rywalizuje w niej łotewski Lokomotiv Daugavpils, a w niedalekiej przeszłości jeździły też ekipy z Ukrainy, Węgier i Czech.

Określenie Ekstraligi mianem „najlepszej żużlowej ligi świata" nie jest przypadkiem. Kiedyś mówiło się, że w Wielkiej Brytanii jeździ się na żużlu dla nauki, w Szwecji – dla pieniędzy, a w Polsce – dla kibiców. Teraz mamy nad Wisłą wszystkie te atrybuty.

To w Polsce jeżdżą najlepsi zawodnicy świata i u nas najwięcej zarabiają. Wypłatami wprawdzie nikt głośno się nie chwali, ale co najmniej kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu żużlowców zarabia nad Wisłą ponad milion złotych rocznie, a wynagrodzenia dla tych najlepszych sięgają dwóch milionów. To niewiele mniej, niż zarabia Vadis Odjidja-Ofoe, najlepiej opłacany piłkarz Lotto Ekstraklasy, który według „Przeglądu Sportowego" za sezon w Legii Warszawa dostanie ok. 2,5 mln zł.

Z czego żyją?

To jasna strona medalu. Różnica między piłkarzami i żużlowcami jest taka, że Odjidja-Ofoe zasadniczo może odkładać te pieniądze na swoim koncie. Żużlowiec musi opłacać mechaników, a ci najlepsi także menedżera. Ogromnym wydatkiem jest również sprzęt. Motocykl to koszt rzędu 40 tys. zł, a zawodnicy muszą mieć ich kilka – jeśli nawet nie kompletnych motocykli, to chociaż silników. Jak szacuje „Przegląd Sportowy", jeden silnik kosztuje na starcie mniej więcej 15 tys. zł, ale bez dodatkowych wydatków długo nie pociągnie. „Co 15 biegów żużlowiec musi oddać silnik do przeglądu (koszt – minimum 3 tysiące), a co 100 wyścigów do generalnego remontu (koszt ok. 15 tysięcy zł)" – pisał „PS" w zeszłym roku.

Na wynagrodzenia dla zawodników przeznaczana jest zdecydowana większość klubowych budżetów. W Ekstralidze wahają się one mniej więcej od 6 do 10 mln zł. Przy najwyższym budżecie piłkarskim – 128 mln zł Legii Warszawa – żużlowe kluby to biedacy.

Z czego zatem żyją? Źródeł finansowania jest kilka. Spore wpływy zapewniają kibice, bo praktycznie żaden klub na frekwencję nie może narzekać. Swego czasu Robert Dowhan, były prezes Falubazu Zielona Góra, mówił nawet, że jest to połowa przychodów. Kilkanaście procent stanowią wpływy z praw do transmisji telewizyjnych. Platforma nc+ za możliwość prezentowania najlepszej ligi świata w latach 2016–2018 zapłaciła 25 mln zł. Pieniądze trafiają też do klubów od tytularnego sponsora Ekstraligi, którym od trzech lat jest PGE. Dokładają się również samorządy. Rekordzistą pod tym względem jest w tym roku Rybnik, 2,8 mln zł od miasta trafi do miejscowego ROW.

Resztę zapewniają sponsorzy, a tych nie brakuje. Ekstraligowe kluby to najlepsze marki w regionach. Niemal każdy klub ma sponsora tytularnego, a mniejsi całą gamę możliwości realizowania celów marketingowych. W piłce nożnej reklamy okalają boisko, w żużlu zaś są nie tylko na bandach, ale i na środku, na płycie stadionu. Firmy prześcigają się w formach promocji, wykorzystujących wizerunki żużlowców – np. Lotto, sponsor sobotniego Grand Prix w Warszawie, sprawił, że zawodnicy osobiście rozdawali promocyjne wejściówki na turniej w jego kolekturach.

Żużel ma jeszcze jedną zaletę – jednoczy wszystkich od prawa do lewa, także w polityce. Przez kilka lat prezesem Sparty Wrocław był Ryszard Czarnecki, obecny europoseł PiS. Niezależny senator Marek Borowski jeszcze jako polityk SLD mocno wspierał silną wówczas Polonię Piła. W Senacie koło żużlowe byłoby całkiem liczne – zasiadają tam również Władysław Komarnicki – honorowy prezes Stali Gorzów, Robert Dowhan – wspomniany były prezes Falubazu, oraz Przemysław Termiński – właściciel Get Well Toruń. Każdy z nich był lub nadal jest przedsiębiorcą. To po żużlowych sukcesach zostali wybrani do parlamentu, akurat cała trójka z poparciem PO.

W sobotę na Narodowym

Co ważne – jak zaznacza Czarnecki – gdy na stadionach piłkarskich politycy na ogół nie są odbierani pozytywnie, kibice żużla nie mają z tym problemów. Choć bywają wyjątki. Na pierwszym rozgrywanym w Warszawie Grand Prix przed dwoma laty pojawili się prezydenci Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski. Ten ostatni, gdy został pokazany na telebimie, zebrał solidną porcję gwizdów. Ale to odstępstwo od reguły. Żużlowy kibic docenia pracę polityka na rzecz klubu w lokalnym środowisku, a zdobyte kontakty ważne są także dla przedsiębiorców – sponsorów.

Wszyscy – politycy, sponsorzy, kibice – spotkają się w sobotę na Narodowym na Grand Prix Polski. Polski Związek Motorowy za licencję na organizację turnieju musiał zapłacić angielskiemu promotorowi BSI 2 mln zł, a duńskiej firmie byłego mistrza świata Ole Olsena dodatkowy milion za ułożenie toru. Jak powiedział „Parkietowi" Przemysław Szymkowiak, media menedżer warszawskiego Grand Prix, największą reprezentację na Narodowym będą mieli mieszkańcy Mazowsza. Kupili prawie 20 proc. biletów, więc widać, że Warszawa jest głodna żużla. Niestety, na ligowy speedway stolica jeszcze poczeka. Po raz ostatni w lidze Gwardia Warszawa jeździła w 2003 r. Obecnie problemem jest brak toru. Były pomysły budowy stadionu na Bielanach i przy lotnisku Okęcie, ale z mniej lub bardziej sensownych powodów zostały odrzucone przez samorządowców. Dziś Wojciech Jankowski, wiceprezes Warszawskiego Towarzystwa Speedwaya, osoba najbardziej w plany reaktywacji żużla w stolicy zaangażowana, jest zdania, że ligowy żużel albo wróci na Gwardię, albo nie będzie go wcale.

Tereny Gwardii, należące wcześniej do policji, zostały przekazane pod budowę siedziby dla Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej Frontex. Wprawdzie w plan zagospodarowania przestrzennego nadal wpisana jest funkcja sportowo-rekreacyjna działki, ale stadion niszczeje. – Napisałem parę listów do ministra Mariusza Błaszczaka w tej sprawie, upomniałem się o to, żeby ten stadion uratować dla żużla i dla sportu w ogóle. Zobaczymy, mecz się toczy – zapewnia w rozmowie z „Parkietem" Ryszard Czarnecki.

Wojciech Jankowski z WTS jest zdania, że brak toru to właściwie jedyna przeszkoda, która stoi na drodze powrotu ligowego żużla do Warszawy. Pieniądze nie powinny być problemem. Tym razem biznes musi więc poczekać na polityków.

redakcja@parkiet.com