Po spadku WIG20 do 1069 pkt. sytuacja na rynku trochę się poprawiła. Indeks zdołał odrobić 15 pkt. od dołka, co oznacza, że straty nie przekraczają 3%. Obserwując przebieg notowań trudno oprzeć się wrażeniu, że reakcja naszej giełdy jest stonowana. Do tego mamy duże obroty, które wynoszą 140 mln zł, co wskazuje na to, że są chętni do kupowania mocno przecenionych walorów.

Trudno w takiej sytuacji nie odnieść się do analogii z sytuacją z początku 1999 r. Wtedy to nasz rynek budził się po szokach z drugiej połowy 1998 r. związanych z kryzysem rosyjskim i po serii wzrostów otrzymał silny cios w postaci kryzysu brazylijskiego. Giełda silnie spadała, ale towarzyszyły temu bardzo duże obroty. Już niedługo potem znalazła się na wcześniej notowanym poziomie. Oczywiście wtedy byliśmy po dużo trwalszej i silniejszej fali wzrostowej, więc i nastroje na rynku były bardziej ustabilizowane, niż obecnie. Ale to właśnie w poziomie obrotu na dzisiejszej sesji upatrywałbym najważniejszego z niej sygnału, pozwalającego określić, jak długo spadki mogą potrwać i jakie są szansę na uspokojenie nastrojów w najbliższych dniach.

Z zadowoleniem można przyjąć działania banków centralnych, które są nakierowane na ustabilizowanie sytuacji na międzynarodowych rynkach. Rano gotówkę na rynek dostarczył Bank Japonii, a potem jego śladem poszły banki centralne Australii, Korei Południowej, Singapuru i Tajlandii. Dodatkowe środki obiecały zapewnić Bank Anglii, Szwajcarii i Turcji. Działania podjął też ECB, który przeprowadził szybki przetarg ze stałym oprocentowaniem. To wszystko ma na celu uspokojenie rynków i po części przynosi rezultaty. Europejskie giełdy wyhamowały zniżki, choć widać na nich dużą nerwowość. DAX z wcześniej notowanych +2% obecnie traci 0,7%. Podobnie CAC. Na plusie utrzymuje się FTSE.

Krzysztof Stępień

Analityk Parkietu