Jeśli w dalszej części dnia nic się nie poprawi, a szerokość zniżki i obroty jej towarzyszące wskazują, że są na to małe szanse, to perspektywy rynku będą wyglądać bardzo kiepsko. W zasadzie będzie można mówić o ruchu w kierunku 1040 pkt. Ale nie wyprzedzajmy zdarzeń. Wcześniej podaż musi pokonać 1153 pkt., gdzie wypadł grudniowy dołek. Jeśli to się powiedzie uzasadnione będzie mówienie o zmianie średniookresowego trendu na malejący, gdyż na wykresie znajdą się dwa położone coraz niżej dołki.

Charakterystyczne są reakcje amerykańskich inwestorów na publikowane wyniki za ostatni kwartał ub.r. Pomimo, że w większości wypadków są one zgodne z oczekiwaniami, to jednak rynki zwracają głównie uwagę na zapowiedzi dotyczące przyszłości. I tu niestety nie ma pozytywnych wieści. Potwierdzeniem tego jest Motorola, która sprostała prognozom, ale zapowiedziała trudny pierwszy kwartał bieżącego roku.

U nas po wczorajszej sesji, gdzie traciły głównie banki, najważniejszym pytaniem jest to, czy do tego sektora dołączą także i inne spółki. Chodzi głównie o Telekomunikację i PKN. Dla pierwszej z nich niekorzystnie trzeba odbierać wyraźne umocnienie euro względem złotego, co nastąpiło wczorajszym popołudniem. PKN już wczoraj wykazywał oznaki słabości. Osobną kwestią będzie zachowanie sektora informatycznego, który wczoraj wypadł najmocniej. Nie wydaje się, by przy coraz gorszych nastrojach na świecie mogły one oprzeć się ogólnej tendencji. Pesymistycznie odczytywać należy też dość powszechne wyczekiwanie na odbicie. Jeśli rzeczywiście mamy do czynienia ze zmianą trendu na zniżkowy, to takie wyczekiwanie może zakończyć się dużym spadkiem. Zniecierpliwieni inwestorzy widząc, że sytuacja nie poprawia się, mogą przystąpić do bardziej zdecydowanej wyprzedaży. Wszystko to, co ostatnio dzieje się na rynkach bardzo przypomina mi sytuację z końca maja, kiedy zaczynała się dwumiesięczna fala wyprzedaży. Czyżby teraz miało być podobnie? Potrzeba do tego wybicia indeksów amerykańskich z kilkutygodniowych trendów bocznych.