Jednak od strony technicznej niewiele to zmienia dla WIG20. Nadal broni się wsparcie w postaci linii trendu prowadzonej po marcowych dołkach. Opór przy 1128 pkt. zostaje nieprzebity, więc o jakiejś poprawie notowań też nie można mówić. Widać, ze rynek cierpi głównie z powodu słabości sektora bankowego, ale trzeba przyznać, że jest ona jak najbardziej uzasadniona. Wysoka wycena rynkowa nie znajduje odbicia w wypracowywanych wynikach, a najbliższa przyszłość nie wygląda różowo. Nie widać możliwości, aby banki zrekompensowały sobie spadające marże odsetkowe większym wolumenem udzielanych kredytów. Wysokie oprocentowanie zniechęca do ich brania. W ubiegłym roku wyniki poprawiały wysokie dochody z obligacji, ale w tym tego już nie będzie. Zatem nawet w wariancie zakładającym, ze jakość portfela kredytowego nie będzie się już pogarszać (co wcale nie jest takie oczywiste ze względu na trudną sytuację w chemii ciężkiej) to i tak wyniki nie mają szans się poprawić.
Na rynkach zagranicznych przeważają spadki. Źle została odebrana informacja o rosnącej liczbie nowych bezrobotnych w USA, która za ostatni tydzień przekroczyła 450 tys. osób. Nie pomogły dobre marcowe dane o zamówieniach na dobra trwałego użytku, ale to tylko potwierdza, że rynki nie patrzą na to, co było przed wojną, a oczekują potwierdzenia, że w najbliższej przyszłości będzie lepiej. A tego obecnie nie da się powiedzieć. Wystarczy wspomnieć o wcześniejszym spadku indeksów ISM poniżej 50 pkt, pogarszającej się sytuacji na rynku pracy i stagnacji w wydatkach konsumenckich.