O wczorajszej sesji w USA za wiele nie ma co mówić. Wprawdzie tamtejsze
indeksy zaliczyły kolejny spadek wartości, ale dla nas ta wiadomość w tej
chwili ma już mniejsze znaczenie. W nocy było o czym gadać. Teraz, po
sesji w Japonii, temat sam się skurczył. Wprawdzie indeks Nikkei także
zaliczył spadek, ale już tylko symboliczny, a kontrakty na indeksy
amerykańskie odnotowują wzrost wartości względem wczorajszego zamknięcia.
W efekcie nasz rynek może zacząć dzień od zniżki, ale jej skala nie
powinna być już na tyle duża, by wywołać tym jakikolwiek skurcz mięśnia
twarzy choćby u jednego z naszych inwestorów.
Zresztą początek sesji nie jest tu i tak na tyle istotny, by sobie nim
głowę zawracać. Każdy ma świadomość, że jesteśmy po dwóch sporych
przecenach i teraz poziom wsparć stał się nam bardzo bliski. Wsparć,
których pokonanie może mieć poważne konsekwencje dla oceny perspektyw
rynku w nieco dłuższym horyzoncie, liczonym przynajmniej w miesiącach. Nie
przypuszczam, by dzisiaj miało dojść do próby przełamania tych wsparć, bo
przed nami kilka ciekawych informacji, które potencjalnie mogą wpłynąć na
przebieg wydarzeń. I tak, dziś o 14:30 pojawią się dane dotyczące
amerykańskiego rynku budowlanego. Poznamy dynamikę wydanych pozwoleń na
budowę oraz dynamikę noworozpoczętych budów. Prognozy są oczywiście marne.
Nie dość, że dziś oczekiwany jest spadek obu wielkości, to i w dalszej
perspektywie oczekuje się spadku liczby nowych budów o ok. 20 proc., a
warto pamiętać, że już obecnie rozpoczyna się bodowy jedynie w połowie tak
licznie, jak w szczytowym momencie boomu na rynku nieruchomości. Rezerwa
firm budowlanych w ekspansji jest zrozumiała. Ceny spadają, popyt maleje,
bo Amerykanie zostali odcięci od kredytów, no i mamy rosnącą ilość domów
oddanych do użytku i czekających na kupca. Co gorsza, relacje te mają się
jeszcze pogłębić, co z pewnością wpłynie na ostateczną cenę domów, jakie
miałyby powstać obecnie.