W trakcie tego tygodnia pokonany został poziom szczytu z początku stycznia. W związku z tym pojawiły się nowe maksima pierwszego miesiąca tego roku i jest spora szansa na to, że zakończy się on dodatnim wynikiem. Nie o statystykę tu jednak chodzi. Ostatnich kilka dni jest wstępnym dowodem na to, że nawet w paskudnych okolicznościach ceny akcji mogą rosnąć. Piszę o paskudnych okolicznościach, mając na względzie wymowę niedawnych informacji dotyczących choćby ratingów państw europejskich. Jak widać, nie wyrządziły one takiej szkody, jak mogliby się obawiać nastawieni na spadki gracze.
Zachowanie rynków w tym tygodniu zdaje się potwierdzać przypuszczenie, że decyzje agencji ratingowych nie mają już większego znaczenia dla wycen na rynkach i jest to raczej dopasowanie opinii agencji do tego, co rynek zdążył już wycenić. Mówię tu o samym fakcie zmiany opinii, a nie tym, co za tą zmianą stoi. Nikt chyba nie ma złudzeń, że sytuacja w Europie nagle uległa poprawie. Jednak nawet pogarszanie się sytuacji w Grecji czy zagrożenia dla większych krajów nie generują jednostajnego trendu. Rynki mają swoją specyfikę, a cechą wspólną jest falowanie. Wiele złych wieści jest już za nami i w dużej mierze są one już wpisane w ceny. Na razie się nie zapowiada, by pojawiły się nowe. Jeśli nie będzie zaskoczeń (czegoś, o czym nie wiemy, nie można zakładać), jest szansa na większe odbicie.
Ten optymizm nazwałbym umiarkowanym. Po pierwsze, nie zakładam, że ewentualna fala wzrostu będzie ruchem, który ostatecznie miałby wynieść wyceny ponad szczyt z kwietnia ubiegłego roku. Ba, mam wątpliwości, czy uda się osiągnąć poziom 2700 pkt. Nie ma to jednak teraz znaczenia. O ile bowiem sądzę, że pojawiły się warunki do poprawy nastrojów, o tyle jednocześnie sądzę, że ta ewentualna poprawa będzie krótkotrwała. Testem dla Europy będzie zachowanie rynków w trakcie uznania bankructwa Grecji. Ono wprawdzie ma już miejsce (redukcja zadłużenia), ale ważny będzie moment, gdy powie się to głośno.