Poprzedni sternik Fedu Alan Greenspan wiele lat prezesury miał bardzo udanych, ale niestety skończył niezbyt dobrze. Wielu ekspertów zarzuca mu, że to w dużej mierze za sprawą zbyt pobłażliwej polityki jego instytucji w ostatnich latach jego rządów doszło w Stanach do napompowania potężnej bańki na rynku nieruchomości i rozwoju rynku toksycznych instrumentów finansowych, co – chyba nikomu nie trzeba przypominać – po jej przebiciu doprowadziło do największego od ośmiu dekad załamania na rynkach i w amerykańskiej, a potem światowej gospodarce.
Czytaj i komentuj na blogu
Co prawda kryzys eskalował, gdy Greenspan był już na emeryturze, ale Bernankemu trudno przypisać większe zaniedbania. Spadła natomiast na niego odpowiedzialność – choć nie cała, bo razem z amerykańskim rządem – za uzdrowienie sytuacji. Poszło co najmniej nieźle. Trudno o inną ocenę, skoro wystarczyły zaledwie trzy lata, by amerykańska gospodarka odrobiła całe kryzysowe straty, a nieco ponad pięć, by nowojorska giełda znów zaczęła bić rekordy – dla porównania, po słynnym Wielkim Kryzysie średnia Dow Jones wróciła na szczyt dopiero po około ćwierć wieku.
Przy okazji Bernanke osiągnął też inny sukces – otworzył Fed i zwiększył transparentność tej instytucji. Kiedyś trzeba było się domyślać, jaki ma być docelowy poziom stóp w USA i czego inwestorzy mogą się spodziewać po banku centralnym w najbliższej przyszłości – teraz to wszystko jest podane na tacy. Bernanke nie owija w bawełnę jak Greenspan, ale dość jasno sygnalizuje swoje intencje.
Ratując gospodarkę i rynki z opresji, Bernanke działał jednak trochę jak alchemik. Eksperymentował, sięgając po nietestowane wcześniej rozwiązania – a to wdał się we wspieranie banków, a to ściął stopy praktycznie do zera, a to w końcu pod kryptonimem „luzowania ilościowego" rozpędził prasy drukarskie i zalał rynki pieniądzem. Na razie strategia ta się sprawdza i nie przynosi ubocznych skutków, choćby wysokiej inflacji. A chyba jedyną w tym momencie szerzej odczuwalną w USA bolączką jest wciąż nieco wysokie bezrobocie.
Ale wygląda też na to, że czas Bernankego jako szefa Fedu powoli się kończy. Tak wszyscy odczytali ostatnią, poniedziałkową wypowiedź prezydenta Obamy w wywiadzie, że Ben Bernanke jest już szefem Fedu dłużej niż sam chciał i także dłużej niż było mu planowane.
Kadencja upływa mu z końcem tego roku, tak więc – trzymając się teorii naszego dawnego premiera o zaczynaniu i kończeniu – być może dopiero wkrótce się przekonamy, jakim naprawdę jest bankierem centralnym (i mężczyzną). A zadanie Bernanke ma na koniec znów niełatwe. Prasy drukujące dolary są rozpędzone i gdyby je tak zostawić, mogłyby się przegrzać i doprowadzić w gospodarce do nowego pożaru. Zatem należy je powoli zatrzymać i wyłączyć – to będzie początek przywracania w miarę „normalnej" polityki monetarnej w USA i ogólnie dojrzałych gospodarkach – ale też w taki sposób, by nikomu nie stała się krzywda. Bernanke już wczoraj dał znać, że faktycznie chce to zrobić. Choć jeszcze nie teraz – jak powiedział, nieco przyhamować z zakupami obligacji będzie można prawdopodobnie bliżej końca tego roku.
Dla niektórych uczestników rynku okazało się to jednak zaskoczeniem. Mieliśmy tego wyraz wczoraj w spadkach na Wall Street, potem w Azji i teraz także na naszej giełdzie. Na razie bez krzywdy się zatem nie obeszło. No ale przecież Bernanke wciąż jeszcze nie skończył.