Wczorajsze notowania w USA zakończyły spadkiem wartości tamtejszych
indeksów. Wydaje się, że tym impulsem przesądzony został problem obrony
wsparcia na naszym rynku, ale zacznijmy od początku.
Jeszcze w trakcie naszych notowań na rynek amerykański napłynęły dane
makro, które okazały się neutralne z lekkim akcentem na "słabsze". Deficyt
w bilansie handlowym okazał się nieco większy od prognoz oraz ceny importu
rosły szybciej niż zakładano. Choć trzeba pamiętać, że wzrost ten wynikał
głównie ze wzrostu cen paliw. Lekko pocieszające były dane o liczbie
wniosków o zasiłek, ale ich znaczenie nie jest na tyle duże, by skutecznie
przeważyć negatywny wydźwięk pozostałych dwóch wielkości. Niemniej rynek
amerykański rozpoczął notowania tylko lekki spadkiem. Oczywiście, korekta
wisiała nad rynkiem, tak jak wisiała już od jakiegoś czasu. Kwestią było,
co ją może wywołać. Sygnałem do odwrotu i skasowania zysków byków okazały
się wczorajsze znacznie słabsze od prognoz dane o dynamice sprzedaży w
sieciach handlowych. Wal-Mart w kwietniu zanotował spadek sprzedaży o
3,5%, co było wynikiem słabszym od i tak marnej prognozy dynamiki na
poziomie -2% - 0%. Prawdopodobny spadek sprzedaży był już sygnalizowany
miesiąc wcześniej, gdy spółka podawała wynik za marzec. Wal-Mart nie był
tu wyjątkiem. Sprzedaż w sieciach handlowych spadła o 2,4% po marcowych
wzroście o 5,9%. Był to pierwszy spadek od marca 2003 roku oraz największy
spadek miesięczny od początku zbierania tych danych w roku 1970.
Optymiści pocieszają się, że to wynik tego, że zakupy świąteczne były w
marcu, a więc kwiecień musiał być słabszy oraz tym, że kiepska kwietniowa
pogoda nie sprzyjała zakupom. Pesymiści powiedzą, że owszem wpływ świąt
jest znaczny, ale nie na tyle, by co roku wywoływać taki spadek - w innych
latach nie było takich różnic. Trwa walka o to, czy wynik kwietniowy to
tylko jednorazowy impuls, czy też poważny sygnał ostrzegawczy, że
zapowiadane problemy z konsumpcją właśnie się ujawniają. Niezależnie od
interpretacji wczorajsza publikacja ma duży wpływ na oczekiwania co do
dzisiejszych danych o dynamice sprzedaży detalicznej, które mają pojawić
się o 14:30. Jeszcze do wczoraj analitycy oczekiwali wzrostu sprzedaży
detalicznej o 0,4%, co i tak było tylko połową zwyżki marcowej. Teraz, po
wczorajszej publikacji, mówi się już raczej o utrzymaniu wielkości
sprzedaży na poziomie z marca, a i to jest górnym zakresem przedziału,
gdyż nie są wyjątkiem oczekiwania, że dynamika sprzedaży detalicznej okaże
się ujemna. Mówi oczywiście o sprzedaży z wyłączeniem samochodów.
Reakcja rynków była natychmiastowa. Po pierwsze spadły ceny akcji w USA,
ale to jest tylko jeden z czynników, który będzie dziś na nas negatywnie
wpływał. Do tego dochodzi umocnienie się jena, co szybko przełożyło się na
poziom notowań złotego. Jak łatwo się domyśleć domek z kart zwany carry
trade ponownie się zatrząsł i złoty stracił nieco na wartości. Wczoraj
zakończyliśmy notowania naruszając poziom wsparcia. By uniknąć sygnału
słabości rynku popyt musiałby dziś wyciągnąć ceny ponad wczorajsze
zamknięcie. To w tej chwili nie wydaje się prawdopodobne. Wiele będzie
jeszcze zależeć od danych z USA, ale wiadomo już teraz, że początek sesji
będzie fatalny, co zdecydowanie utrudni (jeśli nie uniemożliwi) akcję
ratunkową. Tym samym dla części inwestorów posiadanie długich pozycji
przestanie mieć podstawy. Powrót na długą stronę rynku będzie możliwy
dopiero po pojawieniu się jakiejś formacji zatrzymania przeceny.