Brak danych makro sprawia, że po sesji w USA nie ma za bardzo co pisać.
Trudno przecież mielić ciągle te same tematy, jak sytuacja po przejęciu
Freddie Mac i Fannie Mae, czy też spadek ceny Lehman Bros. w związku z
kłopotami spółki wynikającymi z zaangażowania na rynku papierów opartych o
kredyty hipoteczne. Wczoraj tenże Lehman podał informacje, które nie
pocieszyły jego akcjonariuszy, a na taką pociechę liczono. Przed
wspomnianym podaniem informacji, cena spółki rosła o ponad 20 proc.
względem poprzedniego zamknięcia. Wczorajsza sesja skończyła się jednak
dla niech dalszym spadkiem o prawie 7 proc. Dla tych, którzy angażowali
się w te papiery na początku roku i tak nie ma to wielkiej różnicy. Boli
tak samo, gdy traci się 90, czy 92 proc. Te wydarzenia pokazują też, że
mowa o tym, że gdy rynek jakiegoś papieru mocno spadnie, to warto ten
papier kupić jest błędna. Mocny spadek nie pojawia się bez przyczyny.
Zawsze mnie zastawiana tekst profesjonalistów, którzy po jakiejś przecenie
o 20-30 proc. sugerują, że to dobry moment na kupno. Pewnie często
faktycznie tak jest, ale tu nie chodzi o to, czy tak jest często, ale o
to, że nie ma pewności, że cena nie spadnie mocniej. Zatem sama skala
przeceny jeszcze nie jest wyznacznikiem atrakcyjności papieru. Ile to już
raz słyszeliśmy, że rynek spadł już i jest to dogodna okazja do zakupów.
Wczoraj tymczasem zbliżyliśmy się do minimum wyznaczonego w lipcu i podaż
ma świetną okazję do tego, by pojawiły się nowe minima bessy. Czy ją
wykorzysta, to już zupełnie inna sprawa.
Dziś przynajmniej nie będziemy musieli narzekać na brak danych makro.
Pojawi się bowiem dynamika cen amerykańskiego importu i eksportu oraz
wielkość tamtejszego deficytu w bilansie handlowym. Jak co czwartek
poznamy także ilość nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych złożonych w
ubiegłym tygodniu. Z tych danych wart uwagi będzie deficyt oraz zmiana cen
importu. Obie wielkości mają szansę wpłynąć na rynki. Mniejszej reakcji
można się spodziewać po liczbie wniosków, ale ostatnio pogarszająca się
sytuacja na rynku pracy wyczula inwestorów na wszelkie dane dotyczące
zatrudnienia, czy raczej ilości zwolnień.