Kurs złota kruszy się ostatnio wraz ze spokojem na Bliskim Wschodzie. Cena złota po raz kolejny wynosi 4060 dol. za uncję. Co się dziś dzieje na rynku złota?

Ewidentnie rosnące napięcia na Bliskim Wschodzie rozgrywają sytuację na rynkach. Obecnie znowu pojawiają się obawy o przepływy na terminalach na wyspie Kharg, która leży w Zatoce Perskiej, około 25 km od wybrzeży Iranu. Znajduje się tam kluczowy dla gospodarki Iranu terminal naftowy, przez który przechodzi około 90 proc. irańskiej ropy, więc jego zablokowanie podbiłoby istotnie ceny ropy na rynkach światowych, a także obawy o inflację, a więc tym samym o przyszłe stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych. Pierwszy impuls inflacyjny wynikający z cen ropy testowaliśmy na poziomie prawie 120 dol. za baryłkę. Ten impuls się wyraźnie uspokoił i inwestorzy mogli zakładać, że te napięcia inflacyjne z rynku zejdą, zaczęła to już zresztą pokazywać część wstępnych danych za czerwiec, nawet wstępne dane o inflacji CPI w Polsce. Jednak kolejna runda obaw o Bliski Wschód uruchamia nam znowu obawy, czy kolejna fala inflacji nie przejdzie przez rynek. Jak wiemy, metale szlachetne nie płacą odsetek ani dywidend i są dosyć czułe na to, co będzie ze stopami procentowymi. Im wyższe stopy procentowe, tym bardziej atrakcyjnie prezentują się lokaty czy inne instrumenty rynku pieniężnego. Zresztą widzimy już wyraźną presję na wzrost rentowności amerykańskich obligacji. Oczywiście nie wiemy, jak to dalej wypadnie w zestawieniu z inflacją, bo oprócz tego, że inwestorzy na rynku intuicyjnie boją się wyższych stóp procentowych w USA, to pamiętajmy jednak o tym, że w długim terminie, metale szlachetne bardziej reagują na realne stopy procentowe niż nominalne.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Złoto nie lubi hałasu. W tym biznesie wygrywają wyłącznie cierpliwi

Jak pan ocenia ryzyko podniesienia stóp procentowych w USA?

W tej chwili wszystko rozgrywa się o to, jak na kolejnych posiedzeniach może odpowiedzieć Fed na tę rosnącą presję inflacyjną. Musimy pamiętać o amerykańskim zadłużeniu, które  przekracza 120 proc. PKB. Obecnie koszty obsługi tego długu przekraczają 1,2 bln dol. rocznie, na te koszty idzie już w zasadzie 1/4 wpływów podatkowych, przy takiej konstrukcji fiskalnej nie za bardzo jest miejsce na drastyczne podwyżki stóp procentowych. Dlatego, gdyby rozkręciła się kolejna fala inflacji, a Fed zareagowałby tylko jedną czy dwiema podwyżkami stóp o 25 pkt bazowych, to stopy realnie zaczęłyby spadać, inwestorzy zorientowaliby się, że zaczynają realnie tracić na obligacjach amerykańskich, co zwyczajowo zaczyna przekierowywać kapitał z powrotem w stronę metali szlachetnych.

A kiedy by się pan spodziewał pierwszych podwyżek stóp przez Fed?

Na początku roku rynek spodziewał się dwóch, a może nawet trzech obniżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Natomiast konflikt na Bliskim Wschodzie i wzrosty cen ropy, które za nim poszły, a więc i obawy inflacyjne wymazały jakiekolwiek możliwości obniżki stóp procentowych w tym roku. Na grudniowym posiedzeniu może się pojawić pierwsza podwyżka stóp o 25 pkt bazowych. Także w tej chwili rozgrywa się wszystko o to, jak te oczekiwania będą się zmieniały. Jeżeli rosną nam szanse na podwyżkę w grudniu, a być może jeszcze wcześniej, albo już od razu o 50 pkt bazowych, to będzie to niekorzystna informacja dla metali. Jeżeli ta presja by schodziła z rynku, to w tym momencie mamy paliwo do tego, żeby metale po tej już niemal półrocznej korekcie zaczęły się ponownie odbudowywać.

Pojawiają się sygnały, że kupujący czekają  na jeszcze większy spadek cen złota. Jaki wpływ może mieć ten apetyt kupujących i ich gotowość do czekania z zakupami na dalsze spadki? 

Kontynuacja spadków jest zawsze możliwa, natomiast zwróciłbym uwagę na sentyment na rynku metali szlachetnych, przede wszystkim w sektorze inwestorów prywatnych. W tej chwili sentyment jest wręcz fatalny, kilka tygodni temu mieliśmy odczyty wskaźnika strachu i chciwości, jego wartości są od 0 do 100, gdzie 100 pkt to euforia, a jedynka to skrajny pesymizm. Ostatni odczyt był na poziomie jeden, co historycznie bardzo rzadko się zdarza. Dlatego ten kapitał spekulacyjny, który napłynął w ostatniej fazie hossy, gdy złoto kosztowało 5,5 tys. dol. za uncję, ewidentnie tylko po to, by się załapać na chwilę do tego jadącego pociągu. Obecnie jesteśmy 30 proc. niżej od tych cen i można z bardzo dużym prawdopodobieństwem założyć, że spora część tego spekulacyjnego kapitału już w zasadzie z rynku wyszła.

Także sentyment jest fatalny, a rynek do zmiany potrzebuje zawsze czasu. Korekta to nie tylko korekta ceny, ale również musi upłynąć czas, zanim rynek się ponownie ułoży do jakiejś kolejnej fali wzrostowej. Można przyjąć, że są dwa podejścia do kupowania złota, jest takie, że kupujemy regularnie, bez względu na cenę, raz na miesiąc czy raz na kwartał. W tym momencie ta cena jest uśredniona, nie mamy ryzyka, że trafimy w górkę, ale też nie złapiemy dołka w ramach jednorazowego zakupu. Także tutaj, bazując też na tym sentymencie i na skali tej 30-proc, przeceny wydaje się, że okolice 4 tys. dol. za uncję to już jest bardzo ciekawy poziom do powrotu do zainteresowania złotem.

Drugie podejście jest takie, że w momencie, kiedy zostaje wybity jakiś istotny opór na wykresie, mamy w tym momencie informację od rynku, że korekta dobiega końca i prawdopodobieństwo przesuwa się w kierunku odbudowania rynku i powrotu do wzrostów. Można taki poziom przyjąć na wysokości 4,4 tys. dol.

Dokąd ten spekulacyjny kapitał mógł odpłynąć? Są sygnały, że mógł on trafić na inwestycje w SpaceX i inne spółki technologiczne.

Co do zasady kapitał spekulacyjny podąża za tym, co rośnie. Jednak zdaje się, że SpaceX wrócił do poziomu ceny z debiutu. Natomiast faktycznie kapitał spekulacyjny przegląda po prostu sektory, pod kątem potencjału do szybkiego zarobku i tam się przemieszcza.

Poziom 4,4 tys. dolarów za uncję złota to sygnał powrotu do wzrostów. A jaka jest szansa na to, że wcześniej złoto jednak jeszcze spadnie?

W tej chwili głównym zagrożeniem dla rynku metali szlachetnych jest rynek akcji w Stanach Zjednoczonych, który jest po ogromnych wzrostach, więc rośnie tam ryzyko głębszej korekty. Jeżeli na amerykańskim rynku akcji faktycznie pojawiłaby się jakaś głębsza wyprzedaż rozlewająca się po całym rynku finansowym, to w takiej sytuacji, w poszukiwaniu  płynności, metale szlachetne również są wyprzedawane, szczególnie złoto w formie papierowej, czyli ETF-y, spółki wydobywcze czy kontrakty terminowe. Natomiast gdyby te spadki zaczęły się zdecydowanie mocniej rozlewać, to w listopadzie mamy wybory połówkowe i obecnej administracji zdecydowanie nie jest na rękę jakaś głębsza przecena na rynku. W sytuacji, gdyby te spadki mocniej się rozwijały, można się spodziewać jakiejś formy "mrugnięcia okiem" do inwestorów przez Kevina Warsha, nowego szefa Rezerwy Federalnej. Dlatego rozwinięcie takiej przeceny może zwiększać znowu szanse na to, że np. grudniowa podwyżka stóp procentowych zniknie ze stołu.