– Jest to prawie przesądzone. Obligacje zostaną zastąpione kredytem bankowym, mamy już oferty wiążące od banków i w najbliższym czasie dokonamy ostatecznego wyboru. Chcemy refinansować całość naszego zadłużenia, zarówno obligacje, jak i kończące się kredyty. Nie będziemy zwiększać długu nominalnego. Wzrosną tylko limity na gwarancje bankowe i akredytywy, co jest konieczne przy rosnących przychodach i otwarciach nowych sklepów – mówi Tomasz Malicki, prezes Gino Rossi. Część kredytu będzie miała charakter długoterminowy (pięć–siedem lat).
Zdaniem zarządu koszty finansowe grupy powinny spaść o połowę. Analitycy szacują, że oszczędności mogą sięgnąć 1,5–2 mln zł rocznie. – To realne. Sądzę, że będzie to poziom bliżej tej górnej granicy. Będzie to widoczne w pełni w 2016 r., ale częściowo już także w II półroczu tego roku. Chcemy, aby koszty finansowe nie przekraczały 1,5 proc. obrotów grupy. Teraz jest to 2,7 proc. – dodaje.
W II kwartale pojawią się dodatkowe, jednorazowe koszty związane z wcześniejszym wykupem obligacji (opcja call plus koszty prawne i organizacyjne). – Nie będą wyższe niż 500 tys. zł – mówi Malicki.
Analityków martwi wzrost zapasów, który na koniec IV kwartału 2014 r. był o 10 mln zł, czyli 10 proc., wyższy od planowanego (7,5 mln zł w obuwiu i 2,5 mln zł w odzieży). – Nie obawiamy się, że będzie powodowało to presję na marże w segmencie obuwniczym. Rotacja zapasów handlowych w Gino Rossi, czyli po wyłączeniu zapasu produkcyjnego, jest lepsza niż w innych firmach obuwniczych – mówi Malicki.
Około 45 proc. dodatkowych zapasów obuwia to pozostałość z sezonu jesień–zima. – To najbardziej klasyczna oferta, którą chcemy włączyć do tegorocznej kolekcji jesień–zima. Pozostała część trafi do zagranicznych klubów wyprzedażowych, aby nie plasować zbyt dużej ilości towaru na polskim rynku. Istotnego obniżenia zapasów spodziewamy się pod koniec roku. Liczymy, że marże brutto na zapasach uda się obronić. Nie chcemy wyprzedawać zapasów z niższą marżą – podkreśla prezes.