Wyroby niemieckiego przemysłu, zwłaszcza samochody, od wielu lat były postrzegane przez miliony ludzi na całym świecie jako produkty wysokiej jakości. Może Niemcy nie mają poczucia humoru, ale przynajmniej znają się na tym, jak robić auta – to jeden ze stereotypów. Koncern Volkswagen znał się na produkowaniu aut do tego stopnia, że część modeli z silnikami Diesla wyposażał w specjalne urządzenia zaniżające emisję spalin podczas testów ekologicznych. To oszustwo zostało wykryte przez Amerykanów. Kurs akcji Volkswagena się załamał, prezes koncernu Martin Winterkorn zrezygnował, spółce grożą kary idące w miliardy euro, a mit niemieckiej jakości został podważony. „Volkswagen jest Lancem Armstrongiem rynku motoryzacyjnego" – amerykańska prasa porównała motoryzacyjnego potentata do kolarskiego mistrza przyłapanego na dopingu. – Obawiamy się, że ucierpi zasłużona świetna reputacja niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego, a w szczególności Volkswagena – narzekał niemiecki minister gospodarki Sigmar Gabriel. Te narzekania są mocno spóźnione. Część komentatorów bowiem wskazuje, że Volkswagen mógł oszukiwać regulatorów i klientów dlatego, że był cały czas ulgowo traktowany przez niemieckich polityków, z którymi łączyły go bliskie relacje. Rząd Angeli Merkel prawdopodobnie wiedział o szalbierstwach koncernu wiele miesięcy wcześniej, zanim one wyszły na jaw.