W poniedziałek S&P 500 zamknął dzień najwyżej w historii, a na początku wtorkowej sesji poprawił ten wynik. Analitycy wskazują kilka czynników, które wspierają hossę, a paliwa do zwyżek powinno wystarczyć co najmniej do wyborów prezydenckich w listopadzie.

Specjaliści wskazują, że obawy związane z pandemią były nieco przesadzone, co obecnie wpływa na zwyżki indeksów.

– Mimo że Stany Zjednoczone były globalnym liderem pod względem zachorowań, to jednak okazało się, że dla społeczeństwa pandemia nie jest aż tak groźna, jak obawiano się jeszcze kilka miesięcy temu – mówi Wojciech Białek, analityk i autor bloga „K(no)w future". Dodatkowo istnieje nikła szansa na lockdown podobny do tego z marca, ponieważ wiele podmiotów nie przeszłoby przezeń kolejny raz.

Historia pokazuje, że w okresach przedwyborczych na rynku nie dochodziło do silnych spadków. W związku z tym dopiero jesienią możemy się spodziewać potencjalnej korekty.

– Jeśli miałbym prognozować zasięg trendu, to najwcześniej we wrześniu lub w czasie wyborów w Stanach Zjednoczonych widzę szansę na szczyt notowań, a potem... schłodzenie – mówi Sobiesław Kozłowski, ekspert Noble Securities.

Specjaliści z Wall Street wątpią, że zwyżki uda się utrzymać do grudnia. Analitycy z Citi, Bank of America Merrill Lynch, Barclaysa czy UBS spodziewają się, że S&P 500 zakończy rok poniżej obecnych poziomów notowań.

Bycze prognozy ma jednak Goldman Sachs, który prognozuje, że ten rok S&P 500 zakończy wynikiem 3600 pkt, czyli około 5 proc. powyżej obecnego poziomu.