Pogarszają się perspektywy inflacji na kolejne miesiące i kwartały. Inflacja ogółem w sierpniu wyniosła 3,4 proc. i była na skraju przedziału celu inflacji NBP. We wrześniu – wszystko na to wskazuje – już przebije 3,5 proc. Drożeją nie tylko paliwa, lecz także gaz. Zdecydowanie nie da się wykluczyć podwyżek taryf za prąd i gaz dla gospodarstw domowych w styczniu 2027 r. Wkrótce wyjdziemy z dołka cen żywności – na razie mamy jeszcze najgłębszą od ponad dekady deflację w tej kategorii. Rośnie inflacja bazowa, która w sierpniu była najwyższa od ponad roku (3,3 proc.). Ceny produkcji sprzedanej przemysłu po kilku latach deflacji również zaczęły rosnąć. Nie wygląda to dobrze.

Sytuacja na rynku paliw przekłada się na szereg proinflacyjnych konsekwencji. Najszybciej zobaczyliśmy wzrost cen na stacjach, ale zaczyna się też dyskusja o tym, co z kosztami energii dla gospodarstw domowych w przyszłym roku.

W roku wyborczym to ryzykowne dla rządu...

Wiemy, że w Polsce ceny gazu i energii są regulowane, a dużą rolę odgrywają firmy będące własnością Skarbu Państwa. Pewnie politycy zrobiliby wiele, żeby wyborcy tuż przed wyborami nie zostali uderzeni wyższymi kosztami życia. Historie ostatnich lat ewidentnie pokazują, że drożyzna zmieniała wiele rządów na całym świecie.

Widzieliśmy już wiosną i pod koniec wakacji, że rząd ruszył z pomocą kierowcom, choć teoretycznie nie miał tyle przestrzeni w budżecie co inne kraje. Ale im dalej w las, tym trudniej. Ciężko jednocześnie hamować wzrost kosztów surowców i nie nadwerężać budżetu, który i tak jest oparty na ambitnych założeniach.

Do końca roku zostało jeszcze trochę czasu. Kluczowe pytanie brzmi: czy sytuacja na rynku ropy i gazu zaraz się odwróci, czy raczej utrzyma się na obecnym poziomie albo jeszcze wzrośnie? Rynki terminowe surowców konsekwentnie pokazują, że w kolejnych miesiącach ceny zaczną schodzić w dół.

Wszyscy wciąż kurczowo trzymają się wiary, że prędzej czy później ten konflikt musi się zdeeskalować, bo nikomu się nie opłaca. Ale powtarzamy to sobie od pół roku...

...a rzeczywistość idzie w drugą stronę.

Przyjmujemy spójne z rynkami terminowymi założenia, że ceny surowców zaczną niedługo opadać, ale musimy też budować alternatywny scenariusz ryzyka. Zakłada on na przykład, że ropa kosztuje powyżej 100 dolarów przez przynajmniej najbliższych kilka kwartałów, a gaz zbliża się do 100 euro/MWh.

Prognozy inflacji ewidentnie się pogorszyły w porównaniu z tym, co było jeszcze tuż przed wakacjami. Dzisiaj nawet w optymistycznym wariancie cofania się cen surowców inflacja CPI wzrośnie w okolice 4 proc. i pozostanie tam przynajmniej do stycznia-lutego 2027 r. A to wciąż przy założeniu, że nie ma żadnych podwyżek taryf na prąd i gaz. Gdybyśmy odeszli od tych optymistycznych założeń, przełożenie na inflację będzie oczywiście większe.

Wojna na Bliskim Wschodzie to także uderzenie w koszty ogrzewania. Europa, a zwłaszcza Niemcy, ma wyjątkowo niskie zapasy gazu. Europejskie systemy energetyczne to system naczyń połączonych, więc nawet jeśli bezpośrednio dla Polski surowiec ten nie jest aż takim zagrożeniem, nasze ceny energii na rynku hurtowym i tak będą rosły.

Ceny żywności też niebawem odbiją w górę, widać to choćby o indeksach cen surowców rolnych.

Rynek żywności zacznie odczuwać z czasem wzrost kosztów nawozów i transportu, a na to wszystko nakładają się jeszcze kwestie pogody. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że w tym roku mamy kombinację wszelkich możliwych „katastrof”, które za jakiś czas mogą negatywnie wpłynąć na produkcję rolną. Mieliśmy bardzo srogą zimę, dużą suszę, lokalne podtopienia, mrozy na przednówku, a jeszcze nasilać na świecie będzie się El Niño. Wydaje się więc, że dla żywności nie ma innego scenariusza niż ten, w którym za dwa-trzy kwartały stanie się ona silnym impulsem proinflacyjnym.

Na to wszystko nakłada się fakt, że kończy się wsparcie dezinflacji importowanej z Chin. One również zostały uderzone kryzysem energetycznym, i to nawet bardziej niż my. W efekcie tamtejsza inflacja producencka idzie w górę. Dodatkowo przez ostatnie miesiące mocno wzrosły stawki frachtu, a to ma bezpośrednie przełożenie na ceny towarów transportowanych drogą morską.

Gdzie nie spojrzeć ryzyka dla inflacji.

Jednocześnie notujemy jeden z najszybszych wzrostów gospodarczych w regionie, więc to również nie jest czynnik sprzyjający obniżaniu cen. Wszyscy to widzą, bank centralny także. Przed wakacjami prezes NBP Adam Glapiński był bardzo optymistyczny, ale urlopy sprawiły, że ewidentnie „wrócił na ziemię”.

Przewiduje pan podwyżki stóp?

RPP nie będzie się spieszyć z takimi decyzjami, ponieważ wciąż możliwe są scenariusze, w których szoki inflacyjne zaczną ustępować. Wtedy sprawdzi się wariant, w którym wzrost w okolice 4 proc. – z czym chyba wszyscy już się pogodzili – okaże się przejściowy. Potrwa powiedzmy pół roku, a potem dynamika cen zacznie opadać i pod koniec przyszłego roku wrócimy do przedziału tolerancji wokół celu NBP. Naszym scenariuszem bazowym wciąż pozostaje stabilizacja stóp procentowych w Polsce, aczkolwiek szanse na to stopniowo maleją.

Oczywiście absolutnie nie ma miejsca na myślenie o obniżkach, tym bardziej że inne banki centralne podnoszą stopy. To zresztą ciekawe. Prezes Glapiński kilka razy w przeszłości negował istotność polityki EBC dla decyzji RPP, a podczas ostatniej konferencji zauważył, że to czynnik, którego NBP nie powinien ignorować.

Mówił pan o alternatywnych, mniej optymistycznych scenariuszach dla inflacji. Do jakiego poziomu mogłaby wówczas dojść?

Myślę, że mówimy o przedziale 5-6 proc. Już w wariancie bazowym zakładamy spadek cen ropy i gazu, a i tak widzimy inflację dochodzącą do 4 proc. i utrzymującą się tam przez kilka miesięcy. Samo utrzymanie cen ropy w okolicach 100 dolarów za baryłkę kanałem paliwowym dołożyłoby do wskaźnika zapewne około 0,5 pkt proc. Gdybyśmy dodali do tego podwyżki taryf gazowych i elektrycznych od początku przyszłego roku o kilkanaście procent, inflacja skoczyłaby o kolejny przynajmniej 1 pkt proc. Zatem tylko z tych założeń wychodzimy z 4 proc. na 5,5-6 proc., a przecież nie uwzględniliśmy jeszcze cen żywności.

Trudno o dużą precyzję w szacunkach, tym bardziej że rząd już pokazywał wrażliwość na ryzyko wzrostu kosztów życia obywateli. Gdyby sytuacja na rynku surowców się nie uspokoiła, zapewne powrócą działania osłonowe – choć to trudny temat przy tak napiętym budżecie.

Jednocześnie dotychczasowe dane pokazują, że szok z Bliskiego Wschodu nie miał drastycznego wpływu na polski wzrost gospodarczy. W drugim kwartale urośliśmy o 3,9 proc. r/r – nawet przed wybuchem wojny średnie prognozy były niższe. W alternatywnym układzie, bez tego konfliktu, mówilibyśmy zapewne o bardzo miłym zaskoczeniu tempem PKB.

Gdyby nie eskalacja wojny w Iranie, myślelibyśmy o podnoszeniu prognoz wzrostu nie tylko na ten rok, ale i na następny. Stan gospodarki okazał się w kilku obszarach lepszy, niż zakładaliśmy.

W jakich?

Coraz wyraźniej widać sygnały ożywienia w niemieckiej gospodarce. Niby było ono oczekiwane, ale przez długi czas się nie materializowało.

Mamy też ewidentne przyspieszenie inwestycji. Co więcej, rośnie szansa, że ich dynamika po zakończeniu KPO nie tąpnie tak mocno, jak można się było obawiać, ponieważ większa część tego impulsu „rozsmaruje się” między bieżącym rokiem a 2027 r.

Hamowanie nie będzie gwałtowne m.in. dlatego, że obok środków z KPO działają czynniki niezależne od unijnych funduszy. Widzimy wyraźny wzrost zainteresowania kredytami oraz rosnące zapotrzebowanie na leasing maszyn i urządzeń. Firmy widzą, że muszą się automatyzować, ale po części to też efekt ożywienia w handlu międzynarodowym.

Nasilają się też inwestycje firm w obszary, które mogą zapewnić im bezpieczeństwo energetyczne. Gdy wszyscy się boją o ceny i dostępność prądu z różnych źródeł, to więcej przedsiębiorstw jest zainteresowanych np. magazynami prądu czy fotowoltaiką. Polacy znów zaczęli też kupować więcej mieszkań, widzimy wyraźne ożywienie popytu na kredyt.
KPO jest więc bardzo ważną częścią opowieści o wzroście inwestycji, ale to nie wszystko.

Nasza gospodarka jest kuloodporna?

Gdy to słyszę, to od razu przypominam sobie naszą sytuację fiskalną. W tym obszarze nasza kamizelka kuloodporna jest zupełnie nieszczelna. Polityka fiskalna mocno wystawia nas na ryzyko, szczególnie podczas globalnych wyprzedaży na rynkach długu.

Mimo że jesteśmy liderem wzrostu, absolutnie nie jesteśmy w stanie pokazać chociażby śladu zmniejszania deficytu. To kiedy będziemy mogli to zrobić?! To pokazuje, że wbrew pozorom polska gospodarka nie jest aż tak kuloodporna, bo jej wielką kulą u nogi jest sytuacja w finansach publicznych oraz paraliż decyzyjny, który wynika m.in. z układu między prezydentem a rządem.

CV

Piotr Bielski

to dyrektor departamentu analiz ekonomicznych w Erste Bank Polska. Absolwent kierunku ilościowych metod ekonomii na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończył również szereg kursów dotyczących modelowania ekonometrycznego, prognozowania, rynków finansowych. W Erste Bank Polska (dawniej Santander BP i BZ WBK) pracuje od 2001 r., zajmując się analizowaniem i prognozowaniem sytuacji w polskiej gospodarce i na rynku finansowym. Wcześniej pracował m.in. w PKO BP, początkowo w departamencie ryzyka finansowego, a później jako ekonomista, współtworząc jeden z pierwszych w kraju bankowych zespołów zajmujących się analizą makroekonomiczną.