W I półroczu wynik indeksu rynków wschodzących MSCI EM okazał się przeszło dwukrotnie lepszy niż amerykański S&P 500 (22,7 proc. versus 9,8 proc.). Dalekie od prawdy byłoby jednak przypuszczenie, że rynki wschodzące zabłysnęły za sprawą kojarzonych z nimi tradycyjnie sektorów „starej ekonomii”, jak przemysł ciężki czy surowce. Motorem napędowym emerging markets są obecnie paradoksalnie sektory technologiczne (IT + communication services), które wypracowały sobie w koszyku MSCI EM pozycję wyższą niż nawet w głównych amerykańskich benchmarkach. Wszystko za sprawą olbrzymiego popytu na infrastrukturę do rozwoju AI. Zaledwie dwa kraje, kojarzone z technologią AI, czyli Tajwan i Korea, w czerwcu osiągnęły łączny udział w koszyku EM większy niż pozostałe 22 giełdy wschodzące razem wzięte. A te dwa rynki zdominowane są z kolei przez dosłownie garstkę spółek z tajwańskim TSMC na czele. Zarówno udział sektorów technologicznych (już ponad 51 proc.), jak i koncentracja mierzona łącznym udziałem 10 największych spółek (40 proc.) są w koszyku emerging markets już wyraźnie wyższe niż w USA.

Bez wątpienia jesteśmy świadkami bezprecedensowych zjawisk i trendów. Indeks rynków wschodzących jest dobrze pozycjonowany na kontynuację boomu AI. Na długą metę tak silna koncentracja wiąże się też jednak z czynnikami ryzyka. Korzyści z dywersyfikacji portfela przy wykorzystaniu koszyka emerging markets nie są już tak oczywiste jak niegdyś.