Za baryłkę ropy gatunku Brent płacono we wtorek po południu 72,8 USD, a za baryłkę surowca gatunku WTI 69,4 USD. Ropa obu gatunków drożała po ponad 1 proc., bo Irańczycy zaatakowali co najmniej dwa statki cywilne w Cieśninie Ormuz. W zeszłym miesiącu USA oraz Iran uzgodniły, że dojdzie do przywrócenia swobodnej żeglugi na tym akwenie, ale Teheran wciąż próbuje uzyskać nad nią niemal wyłączną kontrolę. Chce wymusić, by statki korzystały wyłącznie z północnego korytarza żeglugowego, biegnącego w pobliżu irańskiego wybrzeża. Wielokrotnie więc groził statkom płynącym korytarzem południowym (bliżej wybrzeża Omanu), a we wtorek próbował zbrojnie zmusić je do zmiany kursu. Przekonamy się, czy i jak Amerykanie odpowiedzą na to złamanie rozejmu. Iran ma jednak wyraźny problem. Popyt na jego ropę (chwilowo zwolnioną z sankcji) okazał się mniejszy, niż oczekiwano. Tymczasem inne kraje regionu zwiększają produkcję surowca. Arabia Saudyjska sprzedaje ropę ze znaczącą zniżką dla klientów z Azji. Zdecydowała się na taki krok po raz pierwszy od 2020 r. Podaż surowca na rynku naftowym więc rośnie, a eksperci Citigroup prognozują, że cena ropy może zejść przed końcem roku do 60 USD za baryłkę. Irański reżim próbuje więc ją znów podbić, grając obawami przed ograniczeniem podaży. Testuje w ten sposób cierpliwość Stanów Zjednoczonych, które w czerwcu kilkakrotnie reagowały na takie incydenty bombardowaniami irańskich celów. Amerykanom chyba jednak nie zależy obecnie na eskalacji konfliktu.