Dotyczy to szczególnie spółek technologicznych, gdzie pierwsze skrzypce coraz częściej zaczynają grać producenci oraz dystrybutorzy półprzewodników i specjalistycznej infrastruktury sieciowej. Poza napiętymi do granic możliwości wskaźnikami technicznymi oraz euforycznym sentymentem inwestorów, który zwykle sygnalizuje korektę - jakie są fundamentalne przesłanki przemawiające za korektą? Czy istnieją czynniki, które mogą ostudzić oczekiwania Wall Street wobec wyników czy wycen spółek technologicznych?

Tak, jest ich nawet kilka. Przede wszystkim wielu inwestorów w ostatnich kwartałach zaczęło kompletnie ignorować poziom FCF. Jest on kluczowy, ponieważ stanowi jedną z najważniejszych miar tego, jak spółka może wynagradzać swoich akcjonariuszy. Poziom FCF spada niemal w całym sektorze - czemu nie można się dziwić w obliczu nakładów CAPEX, które dawno weszły już na poziom abstrakcji. Jak wynika z danych Bloomberga, tempo skupu akcji własnych wyraźnie wyhamowało; widać to szczególnie w grupie tzw. „hyperscalers”.

Kolejna kwestia: o ile inwestorzy indywidualni mogą mieć problem z odróżnieniem jakości modelu biznesowego, sytuacji finansowej oraz perspektyw pojedynczych spółek technologicznych, o tyle kredytodawcy nie mogą sobie na to pozwolić. Kredytodawcy są równie niezbywalnym fundamentem „AI boom”, co półprzewodniki czy same modele LLM. Rynek obligacji korporacyjnych wyraźnie wskazuje, kogo faworyzuje w wyścigu o AI. Microsoft, Google i Amazon mają wyraźnie łatwiejszy dostęp do finansowania niż Oracle czy Meta. Co ważne, z uwagi na gigantyczne przepływy oraz powiązania między niemal wszystkimi tymi podmiotami,  oznaczać to będzie, że pojedyncze firmy mają znacznie mniejsze szanse na poważne kłopoty; jednocześnie oznacza to również, że problemy jednego z liderów branży mogą ciągnąć w dół perspektywy całej reszty.

Wracając do spółek półprzewodnikowych. O ile ich wyniki są fenomenalne i nic nie zapowiada, by szybko miało się to zmienić, to należy zadać sobie pytanie: czy równie realne są zakontraktowane moce produkcyjne? W perspektywie kilku kwartałów rynek może stanąć w obliczu dwóch istotnych barier. Spółki półprzewodnikowe mogą nie być w stanie fizycznie rozbudować zdolności produkcyjnych wystarczająco szybko, by zaspokoić oczekiwania skali wymaganych inwestycji. Jeśli tak się stanie, będzie to oznaczać kosztowne opóźnienia w realizacji strategii, na której opiera się cała hossa. Z drugiej strony spółki technologiczne wciąż często nie radzą sobie z monetyzacją rozwiązań i infrastruktury, które budują. Pytanie brzmi: jak długo będą mogły utrzymać takie tempo rozbudowy „na kredyt” - jeśli zajdzie taka potrzeba?

Publicystycznym, jednak ważnym porównaniem jest zobrazowanie skali CAPEX powiązanego z AI. W 2026 roku całkowite nakłady kapitałowe na rozbudowę „niezbędnej” infrastruktury wzrosną do ok. 600–700 mld USD. Kwota ta odpowiada, po wzięciu poprawki na siłę nabywczą, ok. 20 programom Manhattan, 2 programom Apollo czy ok. 3 rewolucjom łupkowym.

Jeśli oczekiwania wobec technologii, której znakomita część społeczeństwa zwyczajnie nie rozumie, a większość zarządzających nie będzie w stanie poprawnie wdrożyć, okażą się choć trochę mniejsze od obecnych, będzie to oznaczać największą destrukcję wartości w warunkach (względnego) pokoju w historii ludzkości. Mając na uwadze, jak kapitałochłonne są to przedsięwzięcia, inwestor, który chce dopatrywać się pęknięć w tezie inwestycyjnej „pod AI”, powinien szukać ich w pierwszej kolejności na rynku długu, a nie w wynikach, a tym bardziej w wycenach.

Kamil Szczepański

Analityk Rynków Finansowych XTB