Po burzliwym marcu kwiecień na rynkach akcji pokazuje zupełnie inne oblicze. Po powrocie powyżej 200-sesyjnej średniej amerykański S&P 500 odrobił już większość strat i jest coraz bliżej testu pułapu 7000 pkt, z którym nie poradził sobie w pierwszych miesiącach roku. Sporą część marcowych strat odrobiły też indeksy rynków wschodzących i europejskie, a nasz WIG jest wręcz liderem hossy, bijąc rekordy. Na marginesie warto dodać, że współczynnik siły relatywnej polskiego benchmarku względem S&P 500 (w wersji TR) jest najwyższy od ponad sześciu lat. Póki co wszystko to przypominać może odreagowanie rynków sprzed niespełna roku, gdy indeksy podnosiły się z tąpnięcia wywołanego przez cła Trumpa. Także wtedy nasz rynek był relatywnie silny na tle świata.
W trakcie marcowej zawieruchy można było odczuwać pewien niedosyt związany z brakiem całkowitego „resetu” wskaźników nastrojów rynkowych, analogicznego do tego sprzed niespełna roku. Teraz jednak na plus działać może fakt, że owe nastroje zdają się – mimo silnego odbicia na giełdach – pozostawać dość sceptyczne. W najnowszym, kwietniowym sondażu Bank of America wśród zarządzających funduszami główny, zbiorczy barometr nastrojów spadł do poziomu najniższego od połowy ub.r.
Chociaż ceny ropy naftowej odreagowały marcowy skok w stopniu nieporównywalnie mniejszym niż rynki akcji, to jednak najnowsze odczyty wskaźników wyprzedzających koniunktury OECD sugerują, że szok naftowy nie przełożył się, przynajmniej na razie, na załamanie w gospodarkach.