Po danych Eurostatu, który poinformował, że stosunek długu instytucji rządowych i samorządowych do PKB na koniec 2025 r. wyniósł 59,97 proc., a pod względem deficytu budżetowego Polska notuje drugi największy wskaźnik w stosunku do PKB w Unii, można by znów napisać o tym, jak to po raz kolejny znaleźliśmy się w europejskiej czołówce pod tym względem.

Napisać o tym, że w warunkach bardzo dobrej koniunktury budżet notuje „manko” przekraczające 7,5 proc. PKB - poziom niespotykany w poprzednich dekadach.

Przypomnieć wypowiedzi typu: „to nie nasza wina, to poprzednicy i ich programy”, tak jakby ci którzy tak twierdzą za pomysłami poprzedniej ekipy nie głosowali. Dodać, że wysokie zadłużenie to nie tylko skutek lat 2015-2023 – to też skutek wielu decyzji z ostatnich 2-3 lat, wprowadzających nowe wydatki czy programy socjalne przy budżecie niepozwalającym na tego typu „manewry”. Wspomnieć wyjaśnienia: „nie pora na oszczędności”, „to społecznie potrzebne”, „zmiany są politycznie trudne do przeprowadzenia” ew. „wzrost gospodarczy nas uratuje i sytuacja się ustabilizuje” (ano się nie ustabilizowała pomimo wzrostu PKB).

Można by też opisywać kolejne pseudo pomysły na naprawę tego stanu, z których żaden nawet nie zbliża się do rozwiązania problemu, a najczęściej daje jedynie chwilową ulgę, kosztem wydatków w kolejnych latach.

Po raz kolejny narzekać, że gdy mowa o ograniczaniu deficytu to o likwidacji przywilejów podatkowych czy składkowych albo o zmniejszeniu kosztów funkcjonowania państwa nigdy ani słowa.

Rozkładać na czynniki pierwsze pomysły w rodzaju „obniżmy dofinansowanie NFZ, ograniczmy liczbę procedur dla chorych”, które to idee wprost prowadzą albo do wzrostu wydatków na leczenie w kolejnych latach (bo profilaktyka to raczej inwestycja w zdrowie, a nie koszt) albo do spadku dochodów budżetu (więcej niezdolności do pracy, a w skrajnych przypadkach także zgonów, czyli mniej wpływów z PIT).

Zastanawiać się, kto jest winien obecnej sytuacji? Czy tylko ten, kto dodał kilka lat temu gazu (500+, 13/14 stki) czy ten kto w odpowiednim momencie nie powiedział stop. Jedni przyspieszali, drudzy nie hamowali. Efekt jest ten sam: dług rośnie coraz szybciej

Tylko po co? Lepiej pomyśleć co dalej. Przy obecnym tempie za rok, dwa lata przekroczymy konstytucyjny próg 60 proc. 2027 to rok wyborczy, a przed nami spore wydatki zbrojeniowe. Jakby na to nie patrzeć to też kolejne zadłużenie i odsetki do spłacenia. Czeka nas przesunięcie progów? „Tymczasowe” wyłączenie reguł, bo okoliczności są nadzwyczajne? A może uznamy, że konstytucyjny zapis jest tylko niezobowiązującą sugestią z poprzedniej epoki. „Ok, dług do PKB przekroczył 60 proc. - no i co z tego? Świat się nie zawalił”. Nasuwa się skojarzenie z kultowym dialogiem „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz?”.

Moim zdaniem należy po prostu spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć sobie jasno: z wysokim deficytem budżetowym w najbliższych latach nikt nic nie zrobi. Przy obecnym klimacie politycznym każdy pomysł na obniżenie wydatków lub zwiększenie przychodów podatkowych spotka się z ostrą krytyką opozycji, bez względu na to, czy będzie rozwiązaniem sensownym czy mniej. Gdy jedynym celem jest wygranie kolejnych wyborów, budżet jest z góry przegranym, zwłaszcza że najpopularniejszą metodą pozyskiwania poparcia pozostaje… dalsze pogarszanie stanu finansów państwa - kiełbasa wyborcza przecież kosztuje…

Brak ponadpartyjnego porozumienia i zero wspólnych pomysłów na poprawę finansów. Jedyny wspólny mianownik, łączący wszystkich wbrew podziałom, to myślenie: „Deficyt może i rośnie, ale przecież odzwierciedla nasze ambicje rozwoju” wsparte „dług publiczny może i wyższy, ale to przecież budowanie przyszłego dobrobytu i inwestycja w polską rodzinę”

Jeśli jednak okazałoby się, że przekroczenie konstytucyjnego progu zadłużenia 60 proc. nie pociągnie za sobą realnych konsekwencji, to paradoksalnie problemem na jakiś czas przestanie być sam dług. Ten jeszcze wiele lat Polska będzie w stanie obsługiwać, choć rosnące zadłużenie będzie miało negatywne konsekwencje: droższe finansowanie i niższy rating + wypieranie innych wydatków publicznych. Będzie to też można na jakiś czas załagodzić wstąpieniem do strefy Euro.

Problemem znacznie poważniejszym i już bardziej długoterminowym będzie jednak to, że reguły fiskalne przestaną być regułami i hamulców już żadnych nie będzie. Wtedy pozostanie czekać, aż wzorem innych krajów dobijemy do poziomu długu do PKB sięgającego 80 czy 100 proc.

Wysoki deficyt chyba nikogo dziś już nie obchodzi. Skoro nie przegrywa się przez niego wyborów, nie wywołuje on protestów opinii publicznej czy nie jest przyczyną dymisji, to jego ignorowanie jest całkiem racjonalną strategią. Najlepszy plan: przeczekać i trzymać kciuki, aby sytuacja nie pogorszyła się na tyle, by przed kolejnymi wyborami negatywnie wpłynąć na koniunkturę. „Co będzie później - będziemy się martwić we właściwym czasie”.

Deficyt przestał być problemem, stał się kosztem wzrostu gospodarczego na który - jak słyszymy - Polskę stać. Kogo obchodzi, że to wzrost dzięki pompowaniu konsumpcji na kredyt? Dyskusje o nim to już dziś tylko zrzędzenia ekonomistów – kiedyś brano je jeszcze pod uwagę, potem zaczęły irytować, a obecnie już mało kto na nie zwraca uwagę. Może i słusznie. Skoro mamy drugi najwyższy deficyt w Unii Europejskiej, to przecież ktoś jest jeszcze przed nami. Nie mamy więc najgorzej i chyba tego pozostaje nam się trzymać.