Polski PKB rośnie w tempie 4–5 proc. rocznie, giełdy na Zachodzie kwitną, a warszawski rynek tkwi w wieloletnim marazmie. Parkiet przy ul. Książęcej od dawna nie jest już barometrem polskiej gospodarki. Powody są znane. Niezałatwiona sprawa OFE, afery, a ostatnio coraz bardziej regulacje. Niedawno miałem przyjemność wygłosić prezentację dotyczącą wyzwań dla instytucji polskiego rynku kapitałowego, w ramach konferencji organizowanej przez Izbę Gospodarczą Towarzystw Emerytalnych. Diagnoza była złożona.
Umorzenie części obligacyjnej otwartych funduszy emerytalnych w 2014 r. i wprowadzenie mechanizmu suwaka to chyba najczęściej pojawiająca się odpowiedź na pytanie, dlaczego na GPW jest tak źle. Dziś znamy projekt ustawy likwidującej OFE i przenoszącej (w opcji domyślnej) aktywa na prywatne IKE z potrąceniem 15-proc. opłaty przekształceniowej. Po siedmiu latach będziemy mogli zacząć od zera i przestać mówić, że to „wina OFE". Dlatego głównym wyzwaniem jest zmiana sposobu komunikacji. Odetnijmy OFE grubą kreską i skupmy się na pozytywnym przekazie i pełnym zrozumieniu, że rynek kapitałowy może służyć lokowaniu nadwyżek finansowych na dziesięciolecia.
Mam tu na myśli przede wszystkim komunikację pracowniczych planów kapitałowych. Trwa pierwsza tura, w której najwięksi pracodawcy wybierają instytucję zarządzającą. Od 1 stycznia wyboru będą dokonywać mniejsze przedsiębiorstwa. Ogromnym wyzwaniem będzie dotarcie do wszystkich pracodawców z rzetelną informacją o tym, co to w ogóle jest PPK i jak przekonać pracowników, że to ma sens. Trafiony dobór komunikacji będzie szczególnie ważny w czasie kolejnej bessy. PPK będą inwestować na rynkach akcji i obligacji i będą zdarzać się okresy z ujemnymi stopami zwrotu. Ale nawet gdyby powtórzył się scenariusz z 2008 r., to pamiętajmy, że krach nie naruszy tego, co wpłaci pracownik – przedtem musiałby pochłonąć wpłaty pracodawcy, państwa i wcześniejszy zysk kapitałowy. Co więcej, formuła funduszy zdefiniowanej daty sprawia, że tylko część środków (z czasem coraz mniejsza) inwestowana jest na rynku akcji. Z takim pozytywnym przekazem powinna wychodzić branża do uczestników PPK.
Na depozytach bankowych leży absolutnie największa część oszczędności Polek i Polaków. Ponad 864 mld zł, czyli ponad połowa z 1,5 bln zł wszystkich oszczędności gospodarstw domowych. To marnotrawstwo. Pieniądze mogłyby pracować lepiej, zwłaszcza że przy prawie 3-proc. inflacji i dwa razy niższym średnim oprocentowaniu depozytów te miliardy realnie tracą na wartości. Dlaczego gospodarstwa domowe nic sobie z tego nie robią? Wszystkim w branży zależy na tym, żeby to zmienić.
Odpowiedź na pytanie „jak", jest złożona. Ale jednym z jej elementów jest „powrót do normalności". Depozyty puchną nie tylko dlatego, że gospodarstwa nie wiedzą, co z nimi zrobić, ale również dlatego, że boją się je wystawiać na ryzyko, słysząc o Amber Gold, toksycznych UFK czy w końcu obligacjach GetBacku. To te sprawy przebijają się na nagłówki gazet, a nie spółki, które regularnie płacą dywidendę wyższą od najlepszych lokat, albo fundusze, które dostarczają inwestorom dobre stopy zwrotu. Za dużo się mówi o aferach, a za mało o korzyściach płynących z inwestowania na rynku kapitałowym. Branża musi nad tym pracować.
Prawdopodobnie nikt z ponad 2,4 mln klientów funduszy nie wie, że poza PPK branża inwestycyjna żyje tylko jednym tematem – „zachęty". Po komunikacie KNF z grudnia ub.r. w tej sprawie dystrybutorzy funduszy i TFI przez wiele miesięcy nie wiedzieli, jak mogą rozliczać się między sobą. Paraliż decyzyjny utrzymywał się od miesięcy, więc biznes w wielu miejscach zamarł. Ten załatwiony nie do końca temat nie pozwala myśleć TFI, jak można rozwijać biznes funduszowy w przyszłości. Regulator do spółki z branżą powinni jak najszybciej wypracować docelowy model dystrybucji funduszy. W innym wypadku możemy obudzić się w Polsce bez niezależnych TFI, oferujących ciekawe strategie, ale przede wszystkim bez dystrybutorów, u których będziemy mogli przebierać w ofercie wielu konkurencyjnych funduszy.
Problemy dotykają również branży maklerskiej. Branży, która w latach 90. brała na siebie ciężar rozwoju rynku kapitałowego. To przez nią szerokim strumieniem płynął kapitał na GPW. Dziś już tak nie jest. W liście do premiera Izba Domów Maklerskich napisała, że branża zmierza w kierunku całkowitej zapaści. Ciążą jej nadmierne regulacje, kolejne domy wchłaniane są w struktury banków i tam marginalizowane, w konsekwencji zaczyna brakować specjalistów, którzy chcieliby pracować w takim środowisku.
Wszystko to sprawia, że polski rynek kapitałowy nie jest miejscem, w którym chce się być. Dzisiaj inwestorzy na giełdzie to najczęściej ci, którzy weszli na rynek w latach 90. lub na początku tego wieku. Ci młodzi odwracają wzrok w zupełnie innym kierunku – bitcoina, forexa oraz całej masy innych instrumentów, na których „nie da się stracić". Gdy porównamy wykres WIG ze S&P 500, przestaniemy się dziwić. Inwestorzy są zawiedzeni tym, że pomimo dynamicznego wzrostu polskiej gospodarki nie idą za tym stopy zwrotu. Ci z większym apetytem na ryzyko szukają więc alternatywy. Wyzwaniem dla branży jest nawiązanie jakiegokolwiek dialogu, a potem polemiki z podmiotami oferującymi tak ekstremalnie ryzykowne lub po prostu nieetyczne produkty inwestycyjne. W innym wypadku po kolejnym Amber Gold czy GetBacku cała branża zostanie wrzucona do jednego worka, do którego nikt nie będzie chciał zajrzeć.
„Na zaufanie trzeba zasłużyć" – to hasło jednej z zagranicznych firm zarządzających aktywami. W przypadku polskiego rynku kapitałowego nie będzie jednak łatwo. Na pewno nie jest to również kwestia, którą da się załatwić w ciągu kilku najbliższych lat. Bądźmy cierpliwi i pokorni, wprowadzajmy dobre praktyki z rynków rozwiniętych, sami eliminujmy niedociągnięcia w drodze samoregulacji. A kiedy nasz rynek znów zasłuży na zaufanie? Odpowiedź jest prosta, normalność to pierwszy krok do odbudowy zaufania. Bez niego nie będzie dodatnich stóp zwrotu, na których brak tak wszyscy psioczymy.