Gospodarka - Świat

Grecja ma problem polityczny, nie ekonomiczny

Z Dimitriosem Tsomocosem, greckim ekonomistą finansowym
z Said Business School przy Uniwersytecie Oksfordzkim,
rozmawia Grzegorz Siemionczyk
Foto: Fotorzepa

[b]W niedawnym sondażu agencji Bloomberga wśród analityków i inwestorów 73 proc. ankietowanych uznało, że Grecja pomimo pomocy Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego będzie musiała zrestrukturyzować swoje zadłużenie. Czy podziela pan te obawy?[/b]

To zrozumiałe w świetle tego, że zdestabilizowane zostały oczekiwania, co częściowo było winą rządu. Grecki problem jest w istocie nie tyle problemem ekonomicznym, ile politycznym. Oczywiście Grecji potrzebne są reformy strukturalne, ale najważniejsze są reformy instytucjonalne. Jeśli chodzi o same problemy zadłużeniowe, to istnieją one też w innych krajach z południa Europy, które jednak inwestorzy darzą większym zaufaniem.Dla całej Europy byłoby lepiej, gdyby żaden z tych krajów nie zbankrutował. Największym problemem byłaby jednak niewypłacalność Hiszpanii, bo choć jej dług publiczny jest dość niski, duża część długów sektora prywatnego znajduje się w rękach zagranicznych inwestorów.

[b]40 proc. ankietowanych przez Bloomberga stwierdziło ponadto, że Grecja wystąpi ze strefy euro.[/b]

Teoretycznie jest to możliwe, ale w praktyce nie wchodzi w grę. Jeśli którekolwiek państwo wystąpi ze strefy euro, będzie to ostatni gwóźdź do jej trumny.

[b]„Trzeba być patriotą, żeby inwestować w Grecji”. To słowa szefa ateńskiej izby handlowej. Czy grecka gospodarka naprawdę jest aż tak niekonkurencyjna?[/b]

W Grecji brak konkurencyjności zarówno na rynku dóbr, jak i na rynku pracy. Dostęp do bardzo wielu zawodów jest reglamentowany. Na domiar złego rząd grecki ma nadzwyczajnie duży udział w gospodarce, a sektor publiczny jest bardzo nieefektywny. Szacuje się np., że wartość publicznych nieruchomości, włącznie ze stadionami, plażami czy hotelami, wynosi około 200 mld euro i nie przynosi żadnych zysków, które mogłyby zredukować deficyt budżetowy. W Grecji istnieje też ogromna szara strefa. Gdyby rząd ją ograniczył, wzrósłby PKB, a w efekcie spadłby deficyt budżetowy i dług publiczny w stosunku do PKB.

[b]Czy w ogłoszonych dotychczas reformach fiskalnych rząd w Atenach zaproponował jakieś rozwiązania tych problemów?[/b]

W ostatniej z serii pakietów oszczędnościowych znalazły się rozwiązania zmierzające w odpowiednim kierunku. Rząd ogłosił np. plan prywatyzacyjny. Problemem nie jest jednak niewłaściwy kierunek działań, ale wdrożenie proponowanych reform oraz to, jak będzie na nie reagowało społeczeństwo.

[b]Na razie społeczeństwo nie sprzyja reformom. Protestujący przeciwko nim uważają, że Grecja znalazła się „pod okupacją MFW”.[/b]

Grecja nie jest pod okupacją MFW ani Komisji Europejskiej, tylko jest sparaliżowana nieefektywnym systemem politycznym. Wystarczy zauważyć, że w każdym kraju, gdzie nastąpiła polityczna modernizacja, np. w Brazylii i Turcji, zalecenia MFW okazywały się skuteczne, a tam, gdzie system polityczny pozostawał zacofany, np. w Argentynie, MFW ponosił fiasko.

[b]Francuska minister finansów Christine Lagarde uważa jednak, że za problemy państw z południa Europy winę ponoszą w dużej mierze Niemcy.[/b]

Gdy problemy fiskalne wyszły na światło dzienne, można było czegoś od państw z północy Europy oczekiwać. Spory na linii Francja – Niemcy i związana z tym powolna reakcja Unii Europejskiej na kryzys na południu Europy doprowadziły do jego eskalacji. UE musi w końcu zdecydować się, jaka jest jej tożsamość: czy chce się rozszerzać i konsolidować unię monetarną, czy też chce dzielić kraje na lepsze i gorsze. Napięcie pomiędzy północną a południową Europą istnieje zresztą od lat 80., gdy było widać różnice w rozwoju gospodarczym tych regionów. Wówczas podjęto działania na rzecz ich konwergencji, takie jak subsydia dla państw basenu Morza Śródziemnego, wspólna polityka rolna itp. Najwyraźniej jednak ta konwergencja nie nastąpiła. Teraz UE musi konsolidować finanse publiczne, ale musi też wyraźnie dać do zrozumienia, że będzie wspierała słabszych członków.

[b]Lagarde chodziło o proeksportową politykę Niemiec, nazwaną przez nią polityką „okradania sąsiadów”. Niemcy zresztą po raz kolejny wystawili się na krytykę, zaostrzając – przedwcześnie,jak się niekiedy sugeruje – politykę fiskalną, co może utrudnić krajom z południa Europy wyjście z kryzysu.[/b]

To trafne spostrzeżenie, że na każdy kraj z deficytem na rachunku obrotów bieżących na południu Europy przypada jakiś kraj na północy z nadwyżką. Dotyczy to głównie Niemiec. Ich gospodarka w dużej mierze bazuje na eksporcie do państw południowoeuropejskich. Istnieje więc pilna potrzeba, aby Niemcy zbudowali wewnętrzny popyt konsumpcyjny, aby ich model wzrostu gospodarczego nie był czysto eksportowy. Jeśli tak się nie stanie, to po zakończeniu tego kryzysu międzynarodowa nierównowaga fiskalna się odbuduje.

[b]Jak zapatruje się pan na propozycje, aby zwiększyć unijną kontrolę nad finansami publicznymi państw członkowskich?[/b]

Przyjmuję to z radością. Jak mówiliśmy, istnieje nierównowaga gospodarcza pomiędzy południem a północą Europy. Dawni unijni liderzy: Jacques Delors, Francois Mitterrand czy Helmut Kohl, słusznie więc dążyli do konwergencji między tymi regionami. Na południe trafiały rozmaite transfery i subsydia, ale nikt tych krajów z tego nie rozliczał. Często pieniądze te były wykorzystywane przez lokalnych polityków dla doraźnych celów. Gdyby jakaś odpowiedzialność finansowa wówczas istniała, być może konwergencja by nastąpiła. Choć jest trochę późno, dobrze zdefiniowane reguły w odniesieniu do polityki fiskalnej są UE potrzebne.

[b]Niektóre proponowane kary za nieprzestrzeganie kryteriów z Maastricht – np. odebranie głosu w Radzie UE czy zablokowanie funduszy strukturalnych – są jednak dość radykalne.[/b]

Uważam te rozwiązania za zbyt surowe. Jakieś kary są potrzebne, ale te, które pan wymienił, tylko pogłębią podziały w UE. W społeczeństwach, które poczują się wykluczone z procesu decyzyjnego, będą się pojawiać tendencje secesjonistyczne, co podkopie przyszłość UE. Warto przypomnieć, że projekt wspólnoty europejskiej generalnie cieszy się poparciem ludności, lecz nasi liderzy okazali się – delikatnie mówiąc – nieefektywni we wdrażaniu tej idei. Zwykle jest odwrotnie. To liderzy występują z propozycjami, którym społeczeństwa się sprzeciwiają. Ostatnio czytałem, że Polska zabiega o zapewnienie, że kryzys fiskalny nie zmieni prawdopodobieństwa jej wstąpienia do strefy euro.

[b]Jednak sondaże pokazują, że poparcie Polaków dla przyjęcia euro maleje. Kryzys fiskalny uświadomił wielu ludziom, że brak własnej waluty zdecydowanie komplikuje wychodzenie z kryzysu. Zamiast deprecjacji waluty potrzebna jest tzw. wewnętrzna dewaluacja.[/b]

Wewnętrzna dewaluacja to bardzo łatwa droga wyjścia z kryzysu. Łatwo jest przywrócić konkurencyjność, tnąc po prostu płace i podnosząc podatki, czyli zubażając społeczeństwo. Prawdziwym kosztem przynależności do strefy euro jest to, że w razie kryzysu trzeba iść znacznie trudniejszą drogą reform strukturalnych, które w dłuższej perspektywie pomogą gospodarce się rozwijać. Ogólnie rzecz biorąc, Polska musi sobie w pełni zdać sprawę z kosztów i skutków ubocznych przynależności do unii monetarnej, które jak dotąd były zdefiniowane dość mgliście, podczas gdy korzyści były widoczne i dobrze określone.

[b]Przejdźmy do innych zagadnień. W swojej pracy naukowej zajmuje się pan tematyką regulacyjną...[/b]

Wspólnie z Charlsem Goodhartem, byłym członkiem Komitetu Polityki Pieniężnej Banku Anglii i profesorem London School of Economics, modelujemy współdziałanie systemu regulacyjnego i polityki pieniężnej. Modele łączące te dwa obszary mają pomóc tak zaprojektować system regulacyjny, aby odnosił się także do rynków, a nie tylko do instytucji. Tych ostatnich dotyczą reguły opracowywane przez Komitet Bazylejski, takie jak stawiane bankom wymogi kapitałowe. Kryzys pokazał jednak, że należy się zajmować nie tylko systemowo ważnymi instytucjami, ale też systemowo ważnymi rynkami, np. rynkiem międzybankowym. To te rynki są bowiem kanałem, za pomocą którego kryzysy się rozprzestrzeniają.

[b]Jakie wnioski wyłaniają się z tych badań?[/b]

Nasze badania pokazują, że wymogi adekwatności kapitałowej nie są wystarczającym narzędziem regulacyjnym. Potrzebne jest wiele narzędzi kontrolujących, m.in. płynność w sektorze bankowym, wskaźniki LTV (wartość udzielonych kredytów w stosunku do wartości zabezpieczeń – red.) oraz wysokość zabezpieczeń dla lewarowanych transakcji. Ponadto proponujemy stworzenie kompozytowych miar inflacji, które obok dynamiki cen konsumpcyjnych obejmowałyby dynamikę cen aktywów. Ten wskaźnik powinien służyć bankom centralnym do ustalania stóp procentowych.

[b]Jak w tym świetle ocenia pan kampanię regulacyjną prowadzoną przez zachodnie rządy?[/b]

Obecna debata regulacyjna zmierza w dobrym kierunku. Mówi się w niej o większości wspomnianych przeze mnie kwestii. Jak zwykle jednak w projektowaniu nowych regulacji widoczna jest pewna przesada. Przykładowo, pojawił się pomysł wprowadzenia czegoś na wzór ustawy Glassa-Steagalla (amerykańska ustawa obowiązująca w latach 1933 – 1999, która zakazywała m.in. łączenia bankowości komercyjnej i inwestycyjnej – red.), który jest teoretycznie interesujący, ale w praktyce niemożliwy do zastosowania. Wobec mnogości innowacji finansowych nie sposób wyraźnie rozdzielić, co jest działalnością inwestycyjną, a co komercyjną. Obszarami przesady – co ma podłoże polityczne – jest też ogólne potępianie bankowości czy też propozycje zakazania krótkiej sprzedaży.

[b]Najbliższy realizacji, przynajmniej na szczeblu UE, wydaje się obecnie postulat wprowadzenia nowego podatku od banków, z którego przychodów utworzone zostaną fundusze likwidacyjne.[/b]

Propozycja ta przypomina nieco koncepcję podatku Tobina (od nazwiska laureata Nagrody Nobla z 1981 r. Jamesa Tobina, który postulował obciążenie transakcji na rynku walutowym płaskim podatkiem wysokości 0,1 – 1 proc. – red.). I choć Tobin był moim nauczycielem, muszę przyznać, że ostatnią rzeczą, jaka powinno się robić podczas kryzysu, jest wprowadzanie nowych podatków. To tylko pogłębi niedostatek płynności, z jakim wciąż mamy do czynienia.

[b]Jeśli chodzi o jakość nadzoru bankowego, coraz częściej daje się słyszeć pochwały pod adresem Polski, gdzie kryzysu w sektorze bankowym nie było...[/b]

Polska w ogóle przeszła bardzo udaną transformację systemową. Gospodarka rynkowa została wprowadzona szybko, wraz z możliwością przemieszczania się kapitału i pracy. Także struktura instytucjonalna w porównaniu z innymi gospodarkami transformacyjnymi została dobrze opracowana. Zastanawia mnie, czy rozdzielenie funkcji nadzorczych od banku centralnego i skupienie ich w ramach jednej agencji (Komisji Nadzoru Finansowego – red.), co nastąpiło niedługo przed kryzysem (w 2006 r. – red.), nie było jedną z przyczyn stabilności Polski podczas kryzysu. Imponuje mi też to, że po wstąpieniu do UE Polska stała się aktywnym jej członkiem, zamiast tylko wykorzystywać fundusze strukturalne.

[b]Dziękuję za rozmowę.[/b]

[ramka]Dimitrios Tsomocos doktorat z ekonomii uzyskał na Uniwersytecie Yale. Wykłada w Said Business School przy Uniwersytecie Oksfordzkim. W przeszłości był m.in. doradcą Banku Grecji i Banku Anglii. W pracy naukowej zajmuje się głównie tematyką stabilności finansowej, regulacji i nadzoru. fot. p. guzik/fotorzepa[/ramka]


Wideo komentarz