Sztuka

Drożeje powojenna sztuka

Import poloników ze świata jest wysoce opłacalny.

Do obrazu Tadeusza Dominika dołączono certyfikat autentycz­ności.

Foto: DESA Unicum/Marcin Koniak

Obraz Stanisława Fijałkowskiego ma cenę wywoławczą 55 tys. zł.

Foto: DESA Unicum/Marcin Koniak

Sukcesem zakończyła się debiutancka trzydniowa aukcja Gabinetu Numizmatycznego Damian Marciniak. Uzyskane ceny podano na stronie firmy (www.aukcje.gndm.pl). Zwrócę uwagę na wyniki sprzedaży przysłowiowych szpargałów, które najczęściej wyrzucamy, kiedy przypadkiem znajdziemy je w domu.

Za 2 tys. zł sprzedano 10 dolarów z 1973 r. wyemitowanych przez Baltonę (cena wyw. 400 zł). Do znudzenia powtarzam w „Parkiecie", że przeciętny Polak nic nie wie o tym, że taki „świstek" to góra pieniędzy. Takie papierki znajdujemy przypadkiem pośród rodzinnych pamiątek i odruchowo wyrzucamy. Edukacja o rynku antyków jest na niskim poziomie. Zanim zatem coś wyrzucimy, opłaca się najpierw sfotografować rzecz i do kilku antykwariatów przesłać pytanie: ile to kosztuje?

Z USA przyjechał obraz Tadeusza Kantora.

Foto: DESA Unicum/Marcin Koniak

Na liście wynikowej warto rzucić okiem na pozycje 289–292, są to bony dolarowe uprawniające do zakupu w Peweksie. Za 420 zł kupiono 50 dolarów z 1969 roku (cena wyw. 150 zł). Podnieca wyobraźnię już sam opis katalogowy banknotu, cytuję: „naturalny, świeży..."

Fałszerstwo co tydzień

Dzieło Aleksandra Kobzdeja pochodzi z amerykańskiej kolekcji.

Foto: DESA Unicum/Marcin Koniak

Drukowany katalog aukcji warto postawić na domowej półce. Moim zdaniem wyniki będą punktem odniesienia w ocenach aukcji numizmatycznych przez najbliższe lata.

Foto: Antykwariat Damian Marciniak

Sensację pośród koneserów wzbudziła sprzedaż monety reprodukowanej na okładce. To złotówka portretowa z 1664 roku z wizerunkiem króla Jana Kazimierza. Moneta osiągnęła cenę 130 tys. zł (wyw. 80 tys. zł). Sensację wywołał fakt, że po raz pierwszy w dziejach naszego rynku państwowe muzeum skorzystało na aukcji numizmatycznej z prawa pierwokupu. To Zamek Królewski w Warszawie kupił unikat po cenie wylicytowanej.

Rekordową cenę 5 tys. zł (wyw. 2 tys. zł) osiągnęła piękna akcja z 1919 roku Pierwszej Fabryki Lokomotyw, zaprojektowana przez Józefa Mehoffera. Reprodukowaliśmy ten papier (3–4 lutego). Z nominałów papierowych dobrze sprzedano 3 ruble z 1841 roku (pozycja w katalogu 44). Osiągnęły 36 tys. zł (wyw. 16 tys. zł).

Najbliższą aukcję numizmatyczną zorganizuje 10 marca Antykwariat Michał Niemczyk (www.niemczyk.pl). Muzealnej klasy obiekty będą na aukcji monet i odznaczeń 7 kwietnia w krakowskiej Desie (www.desa.art.pl).

Z najbliższych aukcji malarstwa warto zwrócić uwagę na ofertę powojennej sztuki, jaką 1 marca wystawi Desa Unicum (www.desa.pl). Oferta ma wartość artystyczną, ale dla mnie przede wszystkim wartość edukacyjną.

Na przykład w opisie obrazu Tadeusza Dominika czytamy, że autorstwo dzieła na odwrocie potwierdził Tomasz Dominik, syn artysty. Co więcej syn dołączył pisemny certyfikat autentyczności.

Dla miłośnika sztuki ten obraz to oczywisty oryginał, w dodatku sygnowany przez autora. Czym zatem tłumaczyć nadgorliwość w dowodzeniu autentyczności? Tym, że na rynku krążyły i krążą falsyfikaty różnych malarzy, w tym Tadeusza Dominika.

Przez lata jako dziennikarz tropiłem fałszerstwa. Pomagałem np. Magdalenie Abakanowicz eliminować z oficjalnego rynku podróbki jej dzieł. Tropiłem falsyfikaty Franciszka Starowieyskiego i Jana Cybisa.

Regularnie telefonowałem do Tadeusza Dominika. Zapytałem kiedyś: Panie profesorze, czy spotkał pan ostatnio na rynku podróbki swoich prac? Tadeusz Dominik odpowiedział, cytuję: „Ostatnio nie, ale tydzień temu..."

Zagrożenie falsyfikatami jest tym większe, że w Polsce nie istnieje oficjalnie zawód eksperta zajmującego się badaniem autentyczności dzieł sztuki. Na rynku grasują przypadkowe osoby, które wystawiają tzw. ekspertyzy, ale nie mają ubezpieczenia OC i praktycznie za nic nie odpowiadają. Zwykle są to pracownicy muzeów.

Krótko mówiąc, rozsądne jest potwierdzanie autentyczności obrazów u dzieci artystów. Zwłaszcza jeśli dziecko samo jest malarzem (zna technologię powstawania obrazu). Rodzinom powinno zależeć, aby dorobek ich zmarłych przodków nie był zaśmiecany falsyfikatami, obiektami przypadkowymi.

Nie zmienia to faktu, że ustawodawca powinien wprowadzić prawny obowiązek posiadania OC przez eksperta. Ubezpieczenie dyscyplinuje pracę eksperta, który decyduje o milionowym majątku obywateli.

Jeśli ekspert przypadkiem lub celowo pomyli się i zostanie to ujawnione, to będzie musiał płacić wyższą stawkę. Ewentualnie nie dostanie ubezpieczenia, które w cywilizowanych krajach jest warunkiem wykonywania usług. Ekspert naturalnie powinien rozliczać się z fiskusem, co nad Wisłą nie jest oczywiste.

Warto choćby dla nauki czytać opisy w katalogach. Na przykład obraz Stanisława Fijałkowskiego „Początek września" startuje z ceną 90 tys. zł i estymacją, czyli wyceną szacunkową 120–180 tys. zł.

Masowe zjawisko

W październiku 2015 roku ten sam obraz Fijałkowskiego w Desie Unicum startował z ceną 50 tys. zł, osiągnął cenę 100 tys. zł (miał estymację 75–95 tys. zł). Porównanie liczb sugeruje, że tak podrożała sztuka współczesna. Policzcie sami, jaką cenę powinien osiągnąć obraz, żeby dziś sprzedaż dla właściciela była opłacalna? Pamiętamy oczywiście, że do wylicytowanej ceny dolicza się 18 proc. Tak więc w 2015 roku nabywca zapłacił w sumie ok. 120 tys. zł.

W aukcyjnej ofercie Desy Unicum wyróżniają się polskie obrazy, które przyjechały ze świata. To np. dzieła Wojciecha Fangora, Tadeusza Kantora, Aleksandra Kobzdeja, Jana Tarasina, Natalii LL, Ryszarda Grzyba. Polskie obrazy nie mają ponadnarodowej, uniwersalnej wartości. Najwyższe ceny osiągają w Polsce, dlatego są tu zwożone. Niedługo na świecie nie będzie materialnego śladu polskiej kultury, polskiego ducha.

Import poloników na krajowy rynek to po 1989 roku masowe zjawisko. Jest wysoce opłacalny, ponieważ zawodowi poszukiwacze poloników zdobywają obiekty zwykle mocno niedoszacowane. Nasz rynek sztuki istnieje tylko dzięki importowi. W katalogach aukcyjnych zwłaszcza po 2000 r. sprzedawcy zaznaczają skąd przyjechało dzieło. Dlaczego nie ma badań na temat rozmiarów importu i jego opłacalności?

Sprzedawcy sami szacują, że w niektórych dziedzinach (np. handel antycznymi meblami) import stanowi ponad 90 proc. rynkowej oferty. Te rzeczy zostaną w Polsce, to nasze narodowe bogactwo.

Faktem jest, że importem zajmują się nieoficjalnie zawodowi dostawcy na rynek sztuki. Żyją z tego jak królowie! Jak zostać dostawcą na rynku sztuki? O tym w przyszłym tygodniu.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły