Sztuka

#PROSTOzPARKIETU: Jakie skarby kryją się na jarmarkach i babcinych strychach?

W piątkowym programie "Prosto z parkietu" Janusz Miliszkiewicz opowiadał o inwestowaniu w sztukę. Jak zarabiać na tym rynku? Na jakie ryzyka zwrócić uwagę?
Foto: parkiet.com

Na co młody, niedoświadczony inwestor powinien zwracać uwagę, gdy chce ulokować kapitał na polskim rynku sztuki?

Na początek warto sobie zdać sprawę z podstawowych zagrożeń. Pierwsze to zawyżone ceny. Mamy przykładowo obraz Jerzego Kossaka, który jest wart ok. 30 tys. zł, ale możemy na nim powiesić cenę 80 tys. zł i nikt poza fachowcami, którzy mają wielką skalę porównawczą, nie będzie zdziwiony. Chodzi bowiem o to, że budowanie ceny na rynku sztuki wiąże się z pewną kreacją. I ta kreacja może czasem prowadzić do nadużyć. Drugie zagrożenie też wiąże się z cenami. Od 1989 r. bardzo poważne osoby zwracają uwagę, że różne aukcje i licytacje są reżyserowane. Ustala się więc w różnych celach fikcyjne ceny. Zazwyczaj są to rekordowe wyceny, które idą w świat i dla laika stanowią mylący punkt odniesienia. Dlatego właśnie tak bardzo liczy się tutaj wiedza i doświadczenie. Moim zdaniem nabywca w równym stopniu odpowiada za jakość transakcji, co sprzedawca. Jest jednak jeszcze dodatkowy kłopot – w Polsce wciąż nie wypracowaliśmy mechanizmu logistyczno-prawnego, który pozwalałby zweryfikować, czy transakcja faktycznie doszła do skutku na danej aukcji.

Jak można taki problem rozwiązać?

Poradziła sobie z tym m. in. królowa brytyjska Wiktoria, która wprowadziła urzędowe, państwowe protokoły, spisywane po aukcji. Notariusz spisuje protokół i od niego antykwariusz płaci podatek. Gdy więc ktoś zawyży cenę, to będzie musiał zapłacić bardzo wysoki podatek.

A czy instytucje zawyżające ceny nie ponoszą za to odpowiedzialności?

Zdarzyło się, że nawet profesorowie prawa czy historii sztuki zwracali na takie manipulacje uwagę, ale antykwariusze tłumaczyli się zazwyczaj, że wszedł ktoś na aukcję, wykupił wadium, licytował do oporu, wyszedł i nie kupił.

A co z falsyfikatami?

To kolejny ważny problem, o którym trzeba pamiętać. Jego źródłem jest to, że nie stworzyliśmy na naszym rynku prawnie uregulowanego zawodu eksperta, który rozstrzyga, co jest autentyczne, a co fałszywe. W polskiej praktyce ekspertem może być każdy. We Francji na przykład jest to ekspert rządowy, który musi mieć obowiązkowe ubezpieczenie, które dyscyplinuje. Gdy on drugi czy trzeci raz się pomyli, to stawka ubezpieczenia wzrośnie drastycznie.

Na targach staroci na warszawskim Kole często można zobaczyć obrazy Witkacego. Domyślam się, że większość to falsyfikaty?

Wszystkie. Nie ma takiej możliwości, żeby w biały dzień, w niedziele, w południe ktoś wystawił oryginał Witkacego. To mogło się zdarzyć 40 lat temu, ale przy dzisiejszym przepływie informacji jest to praktycznie niemożliwe, bo oferent z pewnością zdawałby sobie sprawę z tego, co sprzedaje. Warto jednak bywać na takich targach, gdyż mają one duże znaczenie dla potencjalnego inwestora.

Dlaczego?

Jeśli jesteśmy kompetentni i wyuczeni, na jarmarkach staroci możemy znaleźć przedmioty niedoszacowane. Kto przychodzi na takie jarmarki? Antykwariusze, bo szukają tam przedmiotów nierozpoznanych przez właścicieli. Spotkamy tam muzelaników, którzy dorabiają sobie do pensji. Chodzą tam też kolekcjonerzy i szukają różnych skarbów. Chyba dwa lata temu pisałem o Ireneuszu Szarku, nestorze kolekcjonerstwa, który na Kole kupił muzelany przedmiot porcelanowy za 30 zł.

A więc jest szansa, że na lokalnym bazarze znajdę jakiegoś białego kruka?

Tak, ale pod warunkiem, że pan bez reszty poświęci się tego typu inwestycjom. Od lat kreuję takie hasło, że kolekcja zarabia sama na siebie i na swojego właściciela. W pewnym momencie można dokonać selekcji, sprzedać eksponaty, które nam się mniej podobają, a za uzyskane pieniądze kupować kolejne.

Często wspomina pan też, że wartościowe przedmioty można znaleźć na strychu u babcie, albo w szafkach rodziców, którzy wychowywali się w PRLu. Mowa tutaj o kartkach na żywność, bonach itp.

Z pewnością warto przejrzeć babcine szuflady i uprzedzić babcię, by nie wyrzucała tego typu rzeczy, ani nie sprzedawała ich różnym domokrążcom. Przykładowo – bony dewizowe banku PKO są obecnie sprzedawane po 2, 4 lub 5 tys. zł. Warunkiem wartości jest jednak dziewiczy stan.

W przypadku giełdy długi termin oznacza chyba coś zupełnie innego niż w przypadku rynku sztuki? Nie można chyba wprost przenieść giełdowej strategii?

Bardzo lubię twierdzenie Marka Lengiewicza, właściciela Domu Aukcyjnego Rempex, który powtarza, że sztuka to jest dobra inwestycja dla wnuka. Ja kupuję, a wnuk sprzedaje.

A czy dobrą strategią jest skupowanie dzieł młodych, współczesnych artystów? Jest szansa, by znaleźć potencjalnego Fangora, czy Nikifora?

Szansa taka oczywiście istnieje. Trzeba pamiętać, że aukcje młodych artystów, w których cena wyjściowa to zazwyczaj 500 zł, zaczęły się w 2008 r. Moim zdaniem od tego czasu nie wytworzyła się jeszcze czołówka finansowa i jakościowa tej oferty. Trudno powiedzieć, że jakiś artysta będzie na przykład symbolizował naszą epokę. Trudno też mówić o jakichś pewniakach, czy mechanizmach i tendencjach.

Wspominał pan przed programem, że deweloperzy skupują dzieła młodych artystów i dekorują nimi korytarze.

Deweloperzy kupują w hurcie i nieoficjalnie wiem, że stawiają warunek, że cena ma być do 800 zł i ma być neutralną treść obyczajową. Nie jest to zatem kupowanie z miłości do sztuki, czy na inwestycje, ale dla zwykłej dekoracji.

Ale w czasach PRLu na korytarzach szpitali można było znaleźć wartościowe dzieła?

Tak i wzbogacili się ci, którzy kilkanaście lat temu zarówno z tych szpitali i innych instytucji zaufania publicznego, te obrazy, mniej lub bardziej legalnie, wynieśli. Tam wisiały bowiem dzieła klasyków powojennej sztuki. Nawet nie było wtedy inwentarzy i szpital nie wiedział co ma. Podczas malowania ścian zdejmowane je i mogły gdzieś przez przypadek zginąć. A były tam świetne obrazy, bo artyści przekazywali je z potrzeby serca.

Powtarza pan często, że na rynku sztuki trzeba być podmiotem, a więc być dobrze wyedukowanym. Skąd czerpać wartościową wiedzę?

Poleciłbym trzy pozycje. Pierwsza to książka Tadeusza Matuszczaka "Chełmoński poszukiwany". Najlepszy znawca twórczości Józefa Chełmońskiego napisał coś w rodzaju przewodnika o zaginionych obrazach. Jest to mało znana książka, a są tacy, którzy na podstawie jej lektury odnaleźli niektóre obrazy, a ich posiadacze w ogóle nie wiedzieli co mają. Druga propozycja to "Polski new look. Ceramika użytkowa lat 50. i 60." Barbary Banaś. Kolejna mało znana książka, a tymczasem można się spodziewać, że design PRLu będzie drożał. Na jarmarkach można wciąż kupić takie rzeczy za grosze, a na aukcjach osiągają wyceny powyżej 1000 zł. W maju Muzeum Narodowe w Krakowie otworzy nową wystawę stałą poświęconą właśnie designowi PRLu. To może być impuls do większego zainteresowanie się tym obszarem. Wczoraj dostałem też katalog krakowskiej Desy o monetach, orderach i odznaczeniach. To cenne źródło wiedzy. Dowiemy się na przykład, że order wraz z dokumentem, który do niego dołączano, może być 20 proc. droższy. Wiedza, wiedza i jeszcze raz wiedza. Niech puentą będzie tu informacja, że za rok będziemy świętować 100-lecie odzyskania niepodległości, a fałszerze już dziś produkują pamiątki związane z tamtą datą i z myślą właśnie o rynku odznak i orderów.

Powiązane artykuły