Ludzie umierają. Całe ekosystemy się walą. Jesteśmy w trakcie masowego wymierania. A wy tylko gadacie o pieniądzach i snujecie bajeczki o wiecznym wzroście gospodarczym. Jak śmiecie! – mówiła podczas wrześniowego szczytu klimatycznego w ONZ Greta Thunberg, młodociana aktywistka klimatyczna. Niezależnie co myślimy o jej mocno teatralnym wystąpieniu, musimy przyznać jej rację: klimat się zmienia i niesie to za sobą ofiary w ludziach i w ekosystemie. Co więcej, klimat zmienia się na Ziemi od początku jej istnienia i zmiany te kilka razy doprowadzały ludzkość na skraj zagłady. Nie negując powagi skutków obecnego globalnego ocieplenia ani (częściowej) odpowiedzialności ludzi za ten proces, można dojść do wniosku, że żyjemy obecnie w dosyć szczęśliwych czasach. Nasze problemy klimatyczne bledną w porównaniu z tym, z czym mieliśmy do czynienia dawniej.

Co zabiło 90 proc. ludzkości?

Nasz gatunek, według powszechnie przyjętej wersji, rozpoczął swoją globalną ekspansję, wychodząc z Afryki na Bliski Wschód około 180 tys. lat temu. Około 70 tys. lat temu doszedł do wybrzeży Chin i Azji Południowo-Wschodniej. Mieliśmy wówczas do czynienia z globalnym oziębieniem, czyli epoką lodowcową trwającą z przerwami (interglacjałami) od 2,58 mln do 11,7 tys. lat temu. W jego trakcie duża część Eurazji nie nadawała się do zamieszkania. Na terytorium Polski znajdował się lodowiec, na południe od nas tundra, a w Europie Południowej stepy graniczące z pustyniami. Warunki egzystencji ludzi z tamtych czasów były więc siłą rzeczy bardzo trudne. Jakieś 70–75 tys. lat temu gwałtownie się pogorszyły, bo doszło do erupcji superwulkanu Toba na Sumatrze. Wyemitował tak dużo siarki i jej związków do atmosfery, że utworzyło się w niej 10 mld ton kwasu siarkowego. Wraz z pyłami wulkanicznymi unosiły się one przez następne 1,8 tys. lat na wysokości około 50 km, blokując światło słoneczne. Średnie temperatury na Ziemi spadły podczas tej wulkanicznej zimy o kilkanaście stopni. Ludzka populacja zmniejszyła się o 90 proc. , do około 10 tys. Przeżyć udało się głównie homo sapiens z afrykańskich równin, którzy później zasiedlali resztę świata.

Około 40 tys. lat temu doszło do kolejnej erupcji superwulkanu – tym razem na Polach Flegrejskich pod obecnym Neapolem. Była ona słabsza niż w przypadku superwulkanu Toba, ale doprowadziła prawdopodobnie do eksterminacji europejskich neandertalczyków. Około 25 tys. lat temu wybuchł kolejny superwulkan – Taupo w obecnej Nowej Zelandii. Wywołał on trwające kilka tysięcy lat nasilenie globalnego oziębienia i serię ludzkich migracji, podczas których mieli wyłonić się m.in. przodkowie ludów Indoeuropejskich. Taupo wyrzucił do atmosfery około 1,2 tys. km sześciennych skał i pyłów. Gdy w 1815 r. eksplodował indonezyjski wulkan Tambora, w powietrze wyrzucił „tylko" 150 mld ton tego materiału, ale i tak doprowadziło to do anomalii klimatycznych na skalę globalną. 1816 rok był nazywany „rokiem bez lata", przez Europę i Azję przetaczała się fala zamieszek głodowych, a na Węgrzech padał brązowy śnieg.

Możemy więc uznać, że jako gatunek mamy ogromne szczęście. Gdyby w ostatnich kilku tysiącach lat wybuchł jakiś superwulkan, nasza cywilizacja nie miałaby szans się rozwinąć i mieszkalibyśmy pewnie do dzisiaj w jaskiniach. Być może kiedyś znów spotka nas taka katastrofa. Superwulkan Yellowstone ostatni raz wybuchał 2,1 mln, 1,3 mln i 640 tys. lat temu. Nikt nie wie, kiedy wybuchnie następnym razem, ale są szacunki, mówiące, że taki wybuch doprowadziłby do globalnego oziębienia powodującego śmierć głodową 5 mld ludzi.

Małe epoki lodowcowe

Część badaczy podejrzewa, że zakończeniu epoki lodowcowej mógł towarzyszyć globalny kataklizm, który stał się podstawą spotykanych na całym świecie mitów o potopie. Nic pewnego nie udało się jednak jak na razie w tej kwestii ustalić. Wiadomo jednak, że wraz z końcem oziębienia wzrósł poziom mórz, zatapiając wiele obszarów, a na dużej części planety wytworzyły się warunki bardziej korzystne dla powstania cywilizacji. O ile w pierwszym okresie polodowcowym, nazywanym preborealnym (9600–8150 p.n.e.), średnia temperatura lipca wynosiła w Polsce 14–15 stopni Celsjusza, to w kolejnym, borealnym (8150–6900 p.n.e.) już średnio 18 stopni, a w okresie atlantyckim (6900–3800 p.n.e.) 21 stopni.

Od czasu do czasu dochodziło jednak do okresów znaczącego oziębienia klimatu. Nazywane są one wydarzeniami Bonda (od nazwiska ich odkrywcy). Przez ostatnie 11 tys. lat doszło do nich dziewięć razy. Tzw. trzecie wydarzenie Bonda, które nastąpiło około 4200 lat temu, poważnie przyczyniło się do upadku egipskiego Starego Państwa, cywilizacji sumeryjskiej i miast w Dolinie Indusu. Drugie wydarzenie Bonda (2800–2300 lat temu) to okres tzw. zimnej epoki żelaza. Pierwsze wydarzenie Bonda zbiegło się z okresem upadku Cesarstwa Rzymskiego, a także tzw. ciemnymi wiekami. Ochłodzenie klimatu spowodowało, że Nil pokrywał się lodem, a obszar śródziemnomorski był nawiedzany wielkimi klęskami głodu, epidemiami i suszami. Ta fala globalnego ocieplenia ukształtowała wczesnośredniowieczną Europę, nałożyła się na falę rozwoju islamu i mogła przyczynić do upadku cywilizacji Majów.

Okres 1300–1850 to umowne ramy występowania tzw. zerowego wydarzenia Bonda, zwanego również małą epoką lodowcową. Największe natężenie oziębienia klimatu nastąpiło w XVII w. Skuty lodem był nie tylko Bałtyk (można było go przebyć saniami, a podróżnych obsługiwały karczmy zbudowane na lodzie), ale co najmniej raz się zdarzyło, że zamarzła cieśnina Bosfor. Brytyjski historyk Geoffrey Parker przytacza w swojej książce „Globalny kryzys", zapiski z pamiętnika żołnierza walczącego w Niemczech w trakcie wojny trzydziestoletniej (1618–1648), mówiące, że po jednej z sierpniowych nocy znaleziono przy drodze kilka osób, które zmarły z zimna. „Te czasy są tak nędzne, że nigdy w pamięci człowieka nie było tak wielkiego głodu i takiej śmiertelności" – pisał z Indii w 1631 r. jeden z oficjeli Kompanii Wschodnioindyjskiej. „Był wielki głód w całym świecie chrześcijańskim" – mówi napis w katedrze w Samobrze pochodzący z 1648 r. Parker wskazuje, że ówczesne globalne oziębienie i towarzyszące mu załamanie rolnictwa przyczyniło się do szeregu wstrząsów politycznych, wojen i rebelii na całym świecie. Związane z nim były też wydarzenia, które doprowadziły I Rzecząpospolitą do ruiny: powstanie Chmielnickiego i potop szwedzki. Można też znaleźć związki pomiędzy ówczesnymi zmianami klimatycznymi a rosyjską wielką smutą, horrorami wojny trzydziestoletniej, wojną domową we Francji (Frondą), wojnami domowymi na Wyspach Brytyjskich, kryzysem Imperium Osmańskiego i upadkiem dynastii Ming w Chinach. Klimatyczne anomalie mocno zmieniły ówczesną mapę polityczną i gospodarczą świata. Według szacunków Parkera ów okres chaosu mógł doprowadzić do śmierci nawet około jednej trzeciej ludności świata.

Przyczyny ówczesnych zmian klimatycznych były całkowicie niezależne od działalności człowieka (było to przed rewolucją przemysłową). Najważniejszą z nich była zmniejszona aktywność Słońca. Gdańskie obserwatorium Heweliusza przez wiele lat zaobserwowało całkowity brak plam słonecznych. Z tym okresem zbiegła się większa aktywność wulkaniczna (zapewne powiązana z mniejszą aktywnością Słońca), więc do atmosfery trafiało więcej pyłów, co przyczyniało się do pogłębiania oziębienia.

„Uderzenia zimna" zmieniały historię również w kolejnych stuleciach. Być może nie doszłoby do rewolucji francuskiej z 1789 r., gdyby nie poprzedziło jej kilkuletnie oziębienie. Ceny pszenicy wzrosły w latach 1785–1789 we Francji o 66 proc., mięsa o 67 proc., drewna opałowego o 91 proc. a płace zwiększyły się tylko o 22 proc. Zima z lat 1788/1789 był bardzo surowa, a wiosną doszło w kilku regionach Francji do zamieszek głodowych. (Inną sprawą jest to, że opozycja antykrólewska celowo wywoływała chaos w dostawach żywności.) Globalne oziębienie było też oczywiście jedną z przyczyn klęski Napoleona w Rosji w 1812 r. (ale też dzięki niemu francuskiej kawalerii udało się zdobyć w 1796 r. holenderską flotę uwięzioną w lodzie pod Texel). „Ostatnie podrygi" zerowego wydarzenia Bonda zbiegły się akurat z falą rewolucyjną w Europie z lat 1846–1848. Później nastąpiło ocieplenie i towarzyszący mu przyspieszony rozwój cywilizacji.

Czy mamy już do czynienia z końcem tego klimatycznego „spokoju"? Jeszcze w latach 70. naukowcy ostrzegali przed powrotem globalnego oziębienia. Obecnie snują prognozy mówiące, że klimat będzie w nadchodzących dekadach ocieplał się w niebezpieczny sposób. Publikują np. mapy pokazujące, jakie tereny zostaną zalane przez morza w wyniku globalnego ocieplenia, i prognozujące, że temperatura w Warszawie może przekraczać w lipcu 40 stopni Celsjusza. Ten scenariusz ma ponoć stać się rzeczywistością w ciągu 20 lat. No cóż, z prognozami różnie bywa. W 2009 r., na szczycie klimatycznym COP15 w Kopenhadze były amerykański wiceprezydent Al Gore prognozował, że w ciągu pięciu lat biegun północny może być wolny od pokrywy lodowej...

O ile jednak proces globalnego ocieplenia da się do pewnego stopnia hamować, ograniczając emisje gazów cieplarnianych do atmosfery, o tyle pamiętajmy o tym, że są katastrofy naturalne, przed którymi nie mamy możliwości się obronić. Przykładem są gwałtowne burze magnetyczne spowodowane rozbłyskami na Słońcu. Największa odnotowana z takich burz we wrześniu 1859 r. doprowadziła do awarii sieci telegraficznej w Europie i Ameryce. Papier zapalał się od iskier skaczących z telegrafów. Gdyby obecnie nastąpił tak silny rozbłysk słoneczny, to prawdopodobnie doszłoby do paraliżu sieci energetycznych w krajach uprzemysłowionych. Wrócilibyśmy do „wieków ciemnych". Dosyć dosłownie...