REKLAMA
REKLAMA

Inwestycje

Czy w Polsce można być drugim Buffettem?

Przemysław Gerschmann, współautor książki „Śladami Warrena Buffetta”, był gościem Piotra Zająca w piątkowym programie „Prosto z parkietu”. Temat rozmowy? Oszczędzanie w stylu najbogatszego inwestora na świecie.
Foto: parkiet.com

Gdybyś miał wskazać jedną cechę Buffetta, która twoim zdaniem sprawiła, że stał się najbogatszym inwestorem giełdowym na świecie, to co byś wskazał?

Myślę, że jego sukces był w dużej mierze spowodowany tym, że on od najmłodszych lat był bardzo oszczędny. Z tyłu głowy zawsze miał długoterminowy plan, w którym celem było zostanie jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Już jako chłopiec interesował się zarabianiem pieniędzy i chciał ich mieć coraz więcej. Zdawał sobie sprawę, że musi nauczyć się je pomnażać, ale wiedział też, że im więcej będzie ich odkładał teraz, tym więcej będzie mógł z nich wypracować w przyszłości. Ta skłonność do oszczędzania to moim zdaniem klucz do jego sukcesu.

W książce pada stwierdzenie, że Buffett miał wręcz „obsesje na punkcie oszczędzania". Odkładał kapitał od dziecka, a potem zaczął go lokować w różnych inwestycjach. W wieku 15 lat kupił 16 ha ziemi i wydzierżawił to rolnikowi. Wyobrażasz sobie, że w Polsce 15-letnie dzieciaki za kieszonkowe kupują grunty pod Warszawą?

Takie było jego nastawienia, faktycznie rzadko spotykane. Warto jednak dodać, że on to wszystko budował sam, krok po kroku. Nie odziedziczył żadnej fortuny. Od początku rozwijał się w duchu amerykańskiej przedsiębiorczości. Pracował już jako dziecko - rozwoził gazety, albo zbierał i sprzedawał piłki golfowe. Przez wiele lat szukał różnych źródeł przychodu i oszczędzał. Aż w końcu odkrył giełdę i przekonał się, że jest to miejsce, na którym może wypracować znacznie wyższe stopy zwrotu.

Giełda, choć kojarzy się z bogactwem i rozrzutnością, nie zmieniła jego podejścia. Pomimo zbudowania fortuny, cały czas dba o każdy grosz, o czym świadczy chociażby to, że cały czas mieszka w tym samym domu i wynajmuje to samo biuro do pracy.

Zgadza się. W zeszłym roku byliśmy z Tomkiem Jaroszkiem w Omaha i widzieliśmy ten dom. Budynek niczym nie wyróżnia się na tle okolicy. Gdyby jego sąsiad nie wskazał nam, że to właśnie ten dom, to mielibyśmy problem, by zidentyfikować go po wyglądzie. Jedyne co tam się zmieniło w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat to to, że Buffett musiał sobie dobudować płot, bo jego fani byli czasem zbyt nachalni.

Miałem też okazję pokonać tę samą trasę, którą Buffett od lat pokonuje dzień w dzień – od domu do biura. To jest o dystansie dwóch/trzech stacji metra, dosłownie w linii prostej.

Dopytuję o te cechy i nastawienie Buffetta, bo waszą książkę traktuję trochę jak podręcznik długoterminowego budowania kapitału. Mam jednak wrażenie, że pójście śladami wyroczni z Omaha jest trudne. Jego przykład pokazuje, jak istotne jest zarządzanie budżetem – ile konsumujemy, ile oszczędzamy. Sprawdziłem dane Eurostatu za 2018 r. i stopa oszczędności w Polsce wynosi 4,2 proc., co oznacza, że Polak średnio odkłada 4,2 proc. swojej pensji. W UE gorzej pod tym względem wypadają tylko – Cypr, Litwa i Rumunia. Rekord jest w Luksemburgu – 21,4 proc. Myślisz, że podejście Buffetta jest w Polsce do skopiowania, skoro my prawie w ogóle nie odkładamy?

Te dane faktycznie nie wyglądają optymistycznie, ale mam pewne usprawiedliwienie dla naszego społeczeństwa. Otóż dostęp do nowoczesnych usług finansowych – od bankowości po rynki kapitałowego – mamy stosunkowo nie długo. Nie możemy się porównywać z Luksemburgiem czy z USA. Wall Street ma ponad 100 lat, a GPW niecałe 30. Nasi rodzice, gdy byli w naszym wieku, nie mieli możliwości prostego nabycia obligacji rządowych, kupna akcji czy otwarcia lokaty. Jesteśmy tak naprawdę pierwszym pokoleniem, które ma pełne spektrum tych możliwości oszczędzania i powinniśmy z nich korzystać. Jeśli tego nie zrobimy, to przyszłym pokoleniom tylko zaszkodzimy.

W takim razie na ile opisywane przez was w książce metody są możliwe do zastosowania w naszych realiach?

Myślę, że śmiało możemy strategie Buffetta stosować w polskich realiach. Najpierw jednak muszą pojawić się oszczędności – bez nich nie ma inwestycji. Pisał o tym sam Buffett w ostatnim liście do akcjonariuszy. Jeśli nie zgromadzimy odpowiedniego kapitału, nie będzie co pomnażać. Wydaje mi się jednak, że jest już zauważalny trend ograniczania konsumpcji, nie ulegania takim wydarzeniom jak dzisiejszy „black friday". A im większa będzie stopa oszczędności, to tym większa będzie potencjalna stopa inwestycji. Gdy wypracujemy już finansową poduszkę bezpieczeństwa i w budżecie pojawią się nadwyżki, zaczniemy szukać możliwości ich zainwestowania i pomnażania.

Tutaj na przeszkodzie stoi jednak brak edukacji finansowej. Zauważ, że nawet przy niskiej stopie oszczędności bardzo łatwo łapiemy się na oszustwa typu Amber Gold, a z trudem przychodzi nam inwestowanie w niskooprocentowane papiery wartościowe, czy spółki dywidendowe.

Kłaniają się dwa czynniki, które wspólnie prowadzą do katastrofy – chciwość i lenistwo. Jeśli ktoś nam obiecuje wysoką nagrodę, to mamy naturalną skłonność do poświęcania temu więcej uwagi. Stąd popularność klibajtowych banerów reklamowych typu: „5 sposobów na bogactwo", „Jak szybko podwoić majątek?", itd. Ten gen chciwości ma niestety każdy z nas. Jeśli połączymy go z lenistwem, to robi się niebezpiecznie. Inwestowanie jest czasochłonne, bo każdą potencjalną lokatę kapitału trzeba szczegółowo przeanalizować. Historia Buffetta pokazuje, że znalezienie dobrej spółki jest trudne. Choć on sam robi to od 70 lat, to do dziś sprawia mu to trudność. Często bywa w praktyce tak, że więcej czasu spędza się na tym, by zidentyfikować te aktywa, w które nie warto inwestować. Potrzebna jest pracowitość i cierpliwość...

Ostatnio zakończyliście cykl edukacyjny „Inwestowanie długoterminowe na GPW". Spotkaliście się z inwestorami w czterech dużych miastach w Polsce. Jakie masz refleksje po tych spotkaniach? Znaleźliście potencjalnych, polskich Buffetów?

Myślę, że w cyklu udział wzięło łącznie około 500 osób. Średnio było od 100 do 140 osób na każdym spotkaniu. Poza Warszawą też była wysoka frekwencja, co pokazuje, że Polacy są zainteresowani rynkiem. Z moich obserwacji wynika, że inwestorzy dzielą się na dwie grupy – albo młodzi między 20-30 rokiem życia, albo doświadczeni, którzy wiedzą już trochę więcej i są w wieku 45+. W niektórych przypadkach to młodsze pokolenie stanowiło 70 proc. sali, co jest optymistyczne. Trochę niepokoi to, że brakuje osób z przedziału wiekowego 30-45, czyli tych, których ja sobie wyobrażam jako tych zabieganych, zapracowanych, którzy skupiają się teraz na swoim rozwoju zawodowym. Chciałbym, żeby zainteresowali się rynkiem i pomyśleli o swoich przyszłych finansach. Chciałbym, żeby udało się ich zachęcić do inwestowania na giełdzie.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA