REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka - Świat

Świat nie traktuje już dochodu gwarantowanego jako herezji

USA, Hongkong, Japonia oraz kilka innych krajów zdecydowały się na wypłatę jednorazowych świadczeń kryzysowych. Pojawiły się już pomysły, by wypłacać je dłużej.

Kryzys wywołany przez pandemię koronawirusa sprawił, że w USA zaczęły gwałtownie wydłużać się kolejki do banków żywności. Rządowe świadczenia stały się dla milionów Amerykanów jedynym ratunkiem. Nawet środowiska przedsiębiorców widzą w nich sposób na stymulowanie popytu.

Foto: AFP

 

Gdy przedsiębiorca Andrew Young walczył w tej kampanii wyborczej o nominację Partii Demokratycznej, obiecywał, że będzie wypłacał każdemu dorosłemu Amerykaninowi po 1000 USD dochodu gwarantowanego. Young stał się dzięki temu bohaterem memów, ale jego kandydatury nie uznano za poważną. Pomysł dochodu gwarantowanego powszechnie przyjęto jako wyraz jego ekscentryzmu. Nadszedł jednak kryzys i Kongres – z inicjatywy republikanów i z pełnym poparciem prezydenta Trumpa – przyznał Amerykanom po 1200 USD zapomogi i dodatkowo po 500 USD na każde dziecko. Nie można tego jeszcze uznać za dochód gwarantowany (bo jest uzależniony od kryterium podatkowego i wypłacany jednorazowo), ale upadło tabu mówiące, że rząd nie powinien dokonywać takiego „rozdawnictwa". Dosyć szybko okazało się, że kryzys może się przedłużyć i 1200 USD zasiłku nie wystarczy. Tim Ryan i Ro Khanna, dwaj demokratyczni kongresmeni, złożyli więc już projekt ustawy przewidujący, że każdy dorosły Amerykanin spełniający kryterium dochodowe będzie przez sześć miesięcy dostawał 2000 USD od rządu, a dzieci po 500 USD. – Dochód gwarantowany dla Amerykanów jest wart rozważenia – stwierdziła Nancy Pelosi, demokratyczna przewodnicząca Izby Reprezentantów. Wprowadzenie jakiejś formy takiego dochodu zapowiada również lewicowy rząd Hiszpanii (ale nie do końca wiadomo, co z tego wyjdzie). Poparcie dla tej idei wykroczyło już poza niszowe środowiska. – To może być czas, by rozważyć powszechną płacę podstawową – powiedział papież Franciszek.

Zasiłki wyższe niż płace

O ile dawniej postrzegano minimalny dochód gwarantowany jako możliwe remedium na masowe cięcia etatów, do których miała doprowadzić robotyzacja, to obecnie rozważany jest on raczej jako rozwiązanie pomostowe, pomagające milionom bezrobotnych jakoś przetrwać kryzys związany z pandemią.

– Jeżeli kryzys się pogłębi, to można się spodziewać, że świadczenia takie, jak powszechny dochód gwarantowany, będą wypłacane. W większości przypadków nie będzie to jednak zapewne „czysty" powszechny dochód gwarantowany. Ludzie uzyskujący dochody z pracy zwykle są mniej przychylni takim świadczeniom, a da o sobie znać też oczekiwanie, by pomagać przede wszystkim tym, którzy najbardziej potrzebują wsparcia. Z przyczyn politycznych wsparcie będzie więc wypłacane w postaci nie klasycznego powszechnego dochodu gwarantowanego, ale wysokich zasiłków. Jeśli natomiast w jakimś regionie 40 proc. populacji w wieku produkcyjnym będzie dostawać takie zasiłki, to możemy mówić o powszechności takiego świadczenia – mówi „Parkietowi" Filip Konopczyński, ekspert Fundacji Kaleckiego.

Oczywiście doktrynalni puryści będą twierdzili, że jeśli dane świadczenie nie jest stale wypłacane wszystkim, niezależnie od ich dochodów, to nie będzie to minimalny dochód gwarantowany. Z drugiej strony jednak trudno uznać „postojowe" wypłacane przez polski czy niemiecki rząd samozatrudnionym za klasyczny zasiłek dla bezrobotnych. Mamy też w wielu krajach wprowadzone inne rozwiązania „hybrydowe", niebędące klasycznymi zasiłkami. Jednorazowe świadczenia pieniężne wypłacono np. wszystkim dorosłym rezydentom Hongkongu (tamtejsza administracja była pierwszym rządem, który zdecydował się na taki krok w obliczu pandemii koronawirusa), obywatelom Japonii czy Tajlandii. Niekiedy mocno zwiększano zasiłki dla bezrobotnych, by złagodzić skutki kryzysu. Na taki krok zdecydowały się władze USA. Zwiększono tam zasiłki dla bezrobotnych o 600 USD tygodniowo. Uprawnieni do nich są również samozatrudnieni, którzy stracili możliwość zarobkowania, oraz ludzie, którzy zarabiali na życie w takich platformach jak Uber. Co prawda wielu Amerykanów nie dostało tych zasiłków na czas (czemu winne są archaiczne systemy komputerowe wykorzystywane przez administracje poszczególnych stanów), ale ten dodatek sprawia, że zasiłki stały się wyższe od średnich tygodniowych wynagrodzeń w niektórych branżach przed kryzysem.

– Przy średnim zasiłku wynoszącym w 2019 r. 370 USD tygodniowo, nowy federalny dodatek powinien podnieść całkowite świadczenie do prawie 1000 USD. Będzie ono więc wyższe niż średnia pensja pracowników sektora prywatnego i ponad dwa razy większe od tygodniowej wypłaty w tak mocno dotkniętym kryzysem sektorem jak hotelarstwo. Oczywiście, w praktyce to bardziej skomplikowane, gdyż stany obliczają wysokość zasiłku jako określony procent poprzedniego wynagrodzenia, więc najgorzej zarabiający dostają później najmniejsze zasiłki. Dane o średnich tygodniowych płacach nie uwzględniają też napiwków oraz innych korzyści. Ale sam 600-dol. federalny dodatek do zasiłku przewyższa średnie tygodniowe zarobki w hotelarstwie o prawie 50 proc. To może być powodem, dla którego liczba wniosków o zasiłki dla bezrobotnych rosła tak gwałtownie w ostatnich tygodniach. Pracownicy mogą bardziej akceptować tymczasowe zwolnienia, jeśli nie stracą na tym dużych dochodów, a niektóre duże sieci sprzedaży detalicznej wskazywały na nowe świadczenia, ogłaszając zwolnienia – wyjaśnia Andrew Hunter, ekonomista z firmy badawczej Capital Economics.

Większe zasiłki mogą więc okazać się zbawienne dla ratowania popytu konsumenckiego w USA i wspierania przyszłego ożywienia gospodarczego. – O ile stopa bezrobocia już prawdopodobnie przewyższyła szczyt z globalnego kryzysu finansowego i może wzrosnąć w ciągu nadchodzących miesięcy, to straty w postaci utraconych dochodów mogą okazać się mniej dotkliwe – dodaje Hunter.

Jak dotąd nie słychać w USA wielkich narzekań przedsiębiorców na to, że „rząd rozleniwia pracowników rozdawnictwem". Może się pojawią wraz ze stopniowym otwieraniem gospodarki. Na razie jednak panuje powszechne przekonanie, że trzeba będzie stymulować popyt. – Wprowadzenie świadczeń podobnych do dochodu gwarantowanego może być w najlepszym interesie firm, które w ten sposób zyskają większy popyt na swoje produkty i usługi – wskazuje Konopczyński.

Kreatywne banki centralne

Przed pandemią koronawirusa często argumentowano, że rozwiązania takie jak powszechny dochód gwarantowany są nierealne, gdyż stanowiłyby zbyt wielkie obciążenie dla budżetów państw. Największy kryzys od wielu dekad sprawił jednak, że wiele rządów przestało się przejmować ograniczeniami fiskalnymi. Oczywiście trudno sobie wyobrazić, by po rozwiązania takie jak dochód gwarantowany sięgnęły kraje takie jak Indie, Brazylia czy Ukraina. Ale państwa od nich o wiele bogatsze mogą korzystać z kreatywności swoich banków centralnych.

Fed, Europejski Bank Centralny i Bank Japonii od dawna zarzekają się, że nie monetyzują długu publicznego. Pod względem formalnym tego nie robią, gdyż nie kupują obligacji bezpośrednio od rządów (z wyjątkiem Banku Anglii, który uruchomił mechanizm pozwalający na takie zakupy, jeżeli sytuacja na rynku długu naprawdę będzie niestabilna). Skupują za to w ogromnych ilościach ten dług na rynku wtórnym. Fed, EBC i Bank Japonii prowadzą nieograniczone programy QE, w ramach których tłoczą miesięcznie dziesiątki miliardów dolarów do globalnego systemu finansowego. To przekłada się na spadek kosztów finansowania długu publicznego. O ile podczas kryzysu z lat 2008–2009 rentowność amerykańskich obligacji dziesięcioletnich wahała się między 2,5 proc. a 4 proc., o tyle w końcówce kwietnia 2020 r. dochodziła do 0,2 proc. Obligacje dziesięcioletnie Japonii, Niemiec, Francji i kilku innych krajów mają ujemne rentowności, czyli teoretycznie właściciele tych papierów są gotowi dopłacać do możliwości ich posiadania. A robią to, bo państwowe obligacje o stosunkowo dobrych ratingach są „gorącym towarem"

na rynku, idealnym jako zabezpieczenie dla wielu ryzykownych, a przy tym bardzo zyskownych transakcji. Na to nakłada się silny globalny popyt na aktywa denominowane w dolarach, euro czy jenach (będący skutkiem m.in. ogromnego zadłużenia spółek z wielu krajów w tych walutach). Choć więc Bank Japonii od wielu lat „drukuje pieniądze" na ogromną skalę, to co jakiś czas boryka się z deflacją. Prowadzone od ponad dekady programy QE w USA też jakoś nie przyniosły tam hiperinflacji, którą straszyli niektórzy rynkowi guru.

– W przypadku USA ważnym czynnikiem jest rola dolara jako światowej waluty rezerwowej. Dolar zyskuje w momentach kryzysowych, więc może się okazać, że jeśli pojawi się w USA dochód gwarantowany, to będzie on de facto finansowany przez inwestorów z całego świata – przypomina Konopczyński.

Zarówno USA, jak i strefę euro stać na stymulację fiskalną, a nawet eksperymentowanie z różnymi zakamuflowanymi formami dochodu gwarantowanego. A co z krajami biedniejszymi? No cóż, jeśli w wyniku stymulacji fiskalnej popyt w krajach bogatych wzrośnie, to one też na tym skorzystają. Globalna gospodarka potrzebuje restartu swoich silników wzrostu.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA