REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka - Kraj

Za wcześnie na podatek majątkowy w Polsce

#PROSTOZPARKIETU. dr hab. Michał Brzeziński: 1 proc. najbogatszych Polaków kontroluje 20 proc. krajowego majątku

dr hab. Michał Brzeziński, badacz nierówności z WNE UW

Foto: parkiet.com

Brytyjska organizacja Oxfam opublikowała niedawno nowe, wstrząsające dane dotyczące nierówności majątkowych na świecie. Wynika z nich, że zaledwie 26 miliarderów dysponuje takim majątkiem, co uboższa połowa ludności świata. Z roku na rok to grono się zawęża, co sugeruje, że następuje coraz większa koncentracja bogactwa. Te dane budzą jednak wiele kontrowersji. Jakie są fakty? Nierówności majątkowe na świecie rosną w zastraszającym tempie?

Dr hab. Michał Brzeziński: Oxfam nie jest instytucją naukową, jej oszacowania nie są więc precyzyjne. Mamy dość dobre dane dotyczące rozkładu majątków w 30–40 krajach. W ocenie nierówności w skali świata jesteśmy skazani na szacunki. Prawdopodobnie 1 proc. najbogatszych dysponuje około 40 proc. światowego majątku, a na 10 proc. najbogatszych przypada około 70 proc. tego majątku. Dla biedniejszej połowy ludności pozostaje więc bardzo mało. Ale ile dokładnie i tym bardziej jak to się zmienia z roku na rok, nie da się powiedzieć przy obecnym stanie wiedzy.

A wiadomo, jak nierówności majątkowe zmieniły się w średnim okresie, powiedzmy, 10–15 lat?

Jeśli chodzi o zmiany w czasie, możemy powiedzieć coś o kilku najbardziej rozwiniętych gospodarkach świata. Tam często istnieją podatki od majątku, których pobór wymaga gromadzenia danych o majątkach. Ale nawet tam ocena nierówności jest trudna. Bogactwo po prostu niełatwo jest zmierzyć, nie wiadomo, jak wyceniać pewne aktywa, np. spółki pozagiełdowe. Stąd są ekonomiści, którzy uważają, że np. w USA nierówności majątkowe nie rosną. Większość badań pokazuje jednak ich niewielki wzrost. Inną kwestią jest, że nierówności majątkowe z natury są duże, bo bogactwo się kumuluje z pokolenia na pokolenie. Trudno więc oczekiwać, żeby te nierówności zmieniały się wyraźnie z roku na rok, a nawet z dekady na dekadę.

A jak wyglądają nierówności majątkowe w Polsce?

Od niedawna badania na ten temat prowadzi NBP. To są badania ankietowe, w których nie uczestniczą zwykle najbogatsi Polacy. Jeśli weźmiemy na to poprawkę, to okazuje się, że 1 proc. najbogatszych posiada około 20 proc. całkowitego majątku. To jest poziom koncentracji bogactwa zbliżony do tego we Francji czy Hiszpanii, czyli krajach, które są kapitalistyczne od dawna i gdzie w związku z tym można by oczekiwać większych nierówności.

Czy to, że nie mamy jednoznacznych danych dotyczących nierówności majątkowych, oznacza, że dyskusja na ten temat, którą pobudziła wydana kilka lat temu książka Thomasa Piketty'ego „Kapitał w XXI w.", jest bezprzedmiotowa?

Nie. To, że nierówności majątkowe są bardzo duże jest faktem, który moim zdaniem może budzić zaniepokojenie. Także w Polsce.

Dlaczego, skoro nierówności majątkowe – nawet jeśli rosną – nie idą w parze z ubóstwem, które w skali świata zdecydowanie maleje?

Badania pokazują, że duży poziom nierówności majątkowych, zwłaszcza takich, których źródłem jest dziedziczenie albo polityczne koneksje, może ograniczać wzrost gospodarczy. Wysokie nierówności majątkowe mogą też prowadzić do niezadowolenia społecznego, do buntów, co także nie jest korzystne dla gospodarek. Poza tym nierówności majątkowe wpływają negatywnie na równość szans. Najbogatsi mogą dać swoim dzieciom lepszy start, niezależnie od tego, czy są one utalentowane.

Niedawno na łamach „Parkietu" ukazała się rozmowa z prof. Deirdre McCloskey, która, krytykując wspomnianą książkę Piketty'ego zauważyła, że jej autor, mierząc nierówności majątkowe, skupił się tylko na kapitale fizycznym, a pominął kapitał ludzki. Według niej, ten drugi jest dzisiaj ważniejszy, a zarazem jest w społeczeństwie bardziej równomiernie rozłożony. To chybiony argument, bo nierówności w rozkładzie kapitału ludzkiego są skorelowane z tradycyjnie rozumianymi nierównościami majątkowymi?

To prawda, że nie wiemy, jakie są nierówności majątkowe z uwzględnieniem kapitału ludzkiego. To jest specyficzna forma kapitału, którą trudno wycenić, bo nie da się go w całości sprzedać. Ale nie jest wcale jasne, że nierówności w rozkładzie kapitału ludzkiego są mniejsze, niż nierówności w rozkładzie majątku fizycznego. Niektórzy ludzie mają znakomite wykształcenie na poziomie światowym, a niektórzy nie mają żadnych umiejętności cenionych na rynku. Powiedziałbym, że w Polsce nierówności w kapitale ludzkim są wysokie i są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Na przykład szanse, że dziecko, którego oboje rodzice mają wykształcenie podstawowe, zdobędzie wykształcenie wyższe, wynosi zaledwie 7 proc. W większości krajów Zachodu ten wskaźnik sięga 20–30 proc.

Powiedział pan, że nierówności majątkowe są niepokojące, jeśli ich źródłem są koneksje polityczne, kolesiostwo albo dziedziczenie. A czy wiemy, jakie są dziś główne przyczyny takich nierówności i ich wzrostu?

Skoro mamy problem z oceną poziomu nierówności, tym trudniejsze jest ich wyjaśnienie. Nie ma dobrej odpowiedzi, ale mamy pewne przykłady. Donald Trump jest zamożny dzięki dziedziczeniu. Stopa zwrotu z tego, jak zarządzał tym majątkiem, jest porównywalna ze średnią rynkową, nawet nieco niższa. Trump swojego bogactwa nie zawdzięcza więc nadzwyczajnym talentom, a zarazem pozwoliło mu ono zostać prezydentem. A dziś wciela w życie pomysły, które w ocenie wielu komentatorów są niebezpieczne dla losów świata.

Z drugiej strony słynne dziś badania Williama Nordhausa, ubiegłorocznego laureata ekonomicznego Nobla, sugerują, że innowatorzy zgarniają zaledwie 2 proc. wartości dodanej swoich innowacji. Nawet jeśli stają się dzięki temu rażąco bogaci, to ich wkład w bogactwo świata jest wielokrotnie większy.

Z pewnością istnieją pewne ogólnoludzkie korzyści z bogactwa, nie tylko koszty. Nierozsądny byłby pogląd, że należy zrównać dochody innowatorów z dochodami innych, skoro innowacje są głównym źródłem rozwoju gospodarczego. Pytanie dotyczy jednak tego, czy nierówności nie są nadmierne i czy nie należałoby ich nieco ograniczyć, aby zminimalizować ich koszty zewnętrzne, np. wpływ bogatych ludzi na politykę. Nie chodzi zresztą o radykalne rozwiązania, tylko np. o podwyższenie krańcowych stawek podatku dochodowego albo wprowadzenie podatku majątkowego. To są rozwiązania, które po II wojnie światowej były powszechne i do dziś w wielu krajach funkcjonują.

A czy w Polsce zastosowanie któregoś z tych instrumentów byłoby uzasadnione?

Nie jestem zwolennikiem wprowadzenia w Polsce podatku majątkowego. Na to jest za wcześnie, bo akumulacja majątków ciągle trwa, a Polacy tego nie chcą. No i technicznie byłoby to niewykonalne. Ludzie musieliby co roku podawać wartość swoich nieruchomości i innych aktywów. Nasz aparat administracyjny nie byłby w stanie zebrać takich danych i ich zweryfikować.


Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA