Felietony

Maj był doskonały dla polskich aktywów

Na przełomie miesięcy komentatorzy jak zwykle prześcigają się w podsumowaniach miesiąca, czego ja niespecjalnie lubię, ale muszę powiedzieć, że maj nie zasłużył tym razem na zastosowanie powiedzenia „sell in May and go away". Przy czym, jak często przypominam, to powiedzenie mówi o sprzedawaniu w maju, a nie o tym, że maj będzie miesiącem korekty.

Piotr Kuczyński analityk

Foto: Fotorzepa, Piotr Guzik

W USA, na Wall Street, Nasdaq w maju stracił nieco ponad jeden procent, ale od połowy miesiąca dzielnie straty odrabiał, a S&P 500 praktycznie się nie zmienił. Wszystko zapowiada kontynuację zwyżek, ale dużo zależy od tego, czy ludzie z Fedu nie zaczną straszyć rynku mówieniem o podjęciu dyskusji mającej na celu ustalenie zasad i czasu redukcji luzowania ilościowego (na razie bez mowy o podwyżkach stóp).

Doskonale zachowywał się nadal rynek ropy, któremu czekanie na wynik szczytu OPEC+ i na wynik rozmów z Iranem nie zaszkodziły. Owszem, w środku miesiąca miała tam miejsce korekta, ale szybko się zakończyła. Wydaje się, że surowce czeka dalsza hossa, a chińskie pogróżki pod adresem „spekulantów" i próby zahamowania zwyżki cen mogą co najwyżej zmniejszyć ich tempo.

W Warszawie maj był miesiącem wręcz doskonałym. Można powiedzieć „wreszcie", bo po czteromiesięcznej konsolidacji w trendzie bocznym WIG20 wybił się z niego (co według mnie było nieuniknione) i dynamicznie ruszył na północ. Jeszcze lepiej zachowywały się małe spółki – od zeszłorocznego załamania trwa hossa – tam sWIG80 niedługo zaatakuje szczyt wszech czasów z 2007 r. Uważam, że to nie koniec zwyżek na GPW.

Doskonale zachowywała się też nasza waluta. Złoty lekceważył „antyzłotowe" nastawienie NBP i mimo pojawiających się od czasu do czasu interwencji w maju znacznie się umocnił. Pomagał mu wzrost kursu EUR/USD oraz generalnie niezłe nastroje na rynkach. W sumie nic dziwnego, bo przecież wyniki naszej gospodarki są naprawdę znakomite. Gdyby nie retoryka NBP i RPP oraz interwencja walutowa to nasza waluta byłaby dużo silniejsza. Jak uczy historia, interwencje banków centralnych mogą trend spowolnić, ale nie mogą go zahamować.

Jeśli mowa o wynikach polskiej gospodarki, to warto wspomnieć, że GUS zweryfikował dane o PKB z I kwartału i dowiedzieliśmy się, że spadł on jedynie o 0,9 proc. rok do roku (oczekiwano 1,2 proc.) – to naprawdę najniższy możliwy wymiar pandemicznej kary. Oczywiście gwałtownie wzrosły produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna, a informacje o ich wzroście w kwietniu o ponad 40 proc. rok do roku „robiły" nagłówki, ale należy te dane traktować z lekkim przymrużeniem oka, bo przecież pamiętamy, jaki lockdown zagościł w Polsce w kwietniu 2020 r.

Jednak już dane Markitu mówiące o tym, że w maju indeks PMI dla przemysłu gwałtownie wzrósł, sięgając poziomu 57,2 pkt (oczekiwano 54,5 pkt), zasługuje na oklaski. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że również u nas inflacja z furią atakuje. Wstępne dane publikowane przez GUS 1 czerwca pokazują, że inflacja CPI w maju wyniosła aż 4,8 proc. rok do roku. Co składało się na ten wzrost, zobaczymy w pełnym raporcie, ale już w tej chwili można powiedzieć, że inflacja będzie odchudzała nasze portfele.

Trudno oczekiwać, żeby producenci płacący coraz wyższe ceny za komponenty do produkcji (surowce gwałtownie drożeją), nie zaczęli podnosić cen wyrobów. Szczególnie że na całym świecie widać pewną prawidłowość – dynamicznie rośnie udział oszczędności w dochodach. Na przykład w Polsce średnia z lat 2000–2019 wynosiła około dwóch procent, a w 2020 r. już blisko 14 procent. Ten odłożony popyt plus chęć branż, które najmocniej dostały po kieszeni, do szybkiego odrobienia strat podnoszą ceny usług (w Polsce o około 7 proc. rok do roku), co oczywiście podnosi inflację.

W Polsce mamy dodatkowo czynniki lokalne, które prowadzą do tego, że jeśli chodzi o inflację CPI, to wypełniamy powiedzenie „Polak, Węgier dwa bratanki", bo inflacja w tych dwóch krajach jest najwyższa w Europie. U nas ceny energii rosną i będą rosły, bo drożeją uprawnienia do emisji CO2, a nasz prąd pochodzi przede wszystkim z węgla. Drożeje też utylizowanie śmieci, co zwiększa koszty utrzymania mieszkania. Poza tym walka RPP z mocnym złotym dokłada swoją cegiełkę do wzrostu inflacji. Dynamicznie rosną też płace – minimalna o blisko osiem procent, podobnie jak średnia w sektorze przedsiębiorstw.

Z wielu powodów (choćby z powodu rozwiązań zapowiadanych w Polskim Ładzie) nie oczekuję w przyszłym roku znacznego spowolnienia inflacji. Jednak warto pamiętać o tym, co dla inwestorów giełdowych jest plusem. Otóż na początku rozpędzającej się inflacji akcje są pożądanym towarem, bo często chronią pieniądze przed utratą wartości. Szczególnie wtedy, kiedy stopy procentowe są na ultraniskim poziomie, co zmusza posiadaczy kapitału do szukania bardziej ryzykownych inwestycji.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.