REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Strategia – gdzie jesteśmy

Rynek kapitałowy po wielu latach funkcjonowania na „dopalaczach” (podaż z prywatyzacji i popyt z OFE) próbuje znaleźć swoje miejsce.

Mirosław Kachniewski, prezes zarządu, SEG

Foto: materiały prasowe

Ostatnio znów wypływa wiecznie żywy temat strategii rozwoju polskiego rynku kapitałowego. Przy tworzeniu tego typu dokumentów warto odpowiedzieć sobie przynajmniej na trzy pytania: Gdzie jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Jak tam dotrzeć? Poniżej podzielę się moimi przemyśleniami, jak mogą brzmieć odpowiedzi.

Gdzie jesteśmy? To pozornie proste pytanie wywołać może skrajnie różne odpowiedzi. Jedni stwierdzą, że rynek się dynamicznie rozwija. Drudzy – że się zwija. Jeszcze inni – że jest w stagnacji. Postarajmy się zatem oddać głos liczbom, dzięki czemu odpowiedzi będą bardziej obiektywne. Najważniejsze wielkości charakteryzujące rynek kapitałowy to: liczba spółek, ich kapitalizacja, wartość obrotów, stopy zwrotu, wartość kapitału przepływającego od inwestorów do emitentów oraz wzajemne relacje pomiędzy tymi parametrami: średnia wartość spółki, współczynnik obrotu etc.

Zacznijmy od liczby spółek. Nie jest to może czynnik najważniejszy, ale często był wskazywany jako element przewagi naszego rynku – i poniekąd słusznie. Wprawdzie były to głównie spółki małe i bardzo małe, ale przewrotnie stwierdzę (i to bez ironii), że w tym tkwiła ich największa siła. Bo przecież spółki największe, choć mogą dodać prestiżu giełdzie, sprzyjać płynności etc., to nie mogą liczyć na spektakularny rozwój wynikający z faktu debiutu giełdowego. Natomiast im mniejsza spółka, tym więcej może dzięki giełdzie osiągnąć, czego przykłady mogliśmy zresztą wielokrotnie obserwować. Problem tylko w tym, że często spółki debiutowały na giełdzie niejako „aspiracyjnie" i miały osiągnąć swą dojrzałość dopiero po dokonaniu kolejnych emisji akcji, które z jednej strony podnosiłyby wartość przedsiębiorstwa, a z drugiej – ograniczałyby rolę pierwotnego akcjonariusza i zwiększałyby płynność. Tyle że po ich debiucie zaszły niekorzystne zmiany, które uczyniły nowe emisje akcji nieopłacalnymi i wielu emitentów tej dojrzałości giełdowej dotychczas nie osiągnęło.

Mamy zatem na rynku 887 emitentów, z czego 480 notowanych na rynku regulowanym, a 407 na rynku NewConnect. To bardzo dużo, ale należy zwrócić uwagę na dwa problemy. Pierwszy z nich to wskazana powyżej „niegiełdowość" tych spółek, jeśli weźmiemy pod uwagę ich wielkość (mniej niż połowa z nich ma wartość przekraczającą 10 milionów euro – 315 podmiotów na rynku regulowanym i 48 na NewConnect) czy strukturę akcjonariatu (w większości przypadków mamy do czynienia z dominacją jednego lub grupy akcjonariuszy). Drugi problem natomiast to trend do wyprowadzania spółek z obrotu, którego rezultatem był spadek liczby emitentów względem końca roku 2016 (893, z czego 487 na rynku regulowanym, a 406 na NewConnect). Czyli zarówno stan obecny, jak i kierunek zmian raczej nie napawają optymizmem.

Spójrzmy więc na przepływ kapitału – wszak rynek ma stymulować innowacje, rozwój, pieniądze powierzane przez inwestorów mają być pomnażane przez zdolnych menedżerów. Niestety, tutaj też nie ma dobrych wieści. Otóż kapitał bynajmniej nie płynie od inwestorów do emitentów, tylko od emitentów do inwestorów. Wartość środków wypłacanych w formie dywidend przekroczyła w ubiegłym roku wartość nowych emisji akcji o 9 mld zł. Oczywiście nie ma nic złego w wypłacaniu dywidend. Ale z pewnością rynek nie pełni swej roli finansowania rozwoju, jeśli więcej oddaje niż dostaje.

Przeanalizujmy zatem teraz te parametry, które wydają się najważniejsze dla inwestorów: kapitalizacja, płynność, stopy zwrotu. I tu mamy same dobre informacje. Kapitalizacja, obroty i indeksy na rynku regulowanym w ciągu roku wzrosły o ponad 20 proc.! Czyli powinniśmy się cieszyć. Ale pojawia się taka wątpliwość – skoro z giełdy wyparowało część spółek, to dlaczego jej kapitalizacja wzrasta? Bo wzrosły kursy. Czy to jest powód do radości czy do niepokoju? Tego nie wiemy – jedni stwierdzą, że wyceny akcji były niedowartościowane i że teraz wreszcie dochodzą do właściwych poziomów, czemu sprzyja aktywność inwestorów i bardziej precyzyjna wycena wynikająca z większej płynności. Inni natomiast mogą uważać, że na rynek napłynęło za dużo kapitału (np. uciekającego z nieoprocentowanych lokat), powodując nieuzasadniony wzrost kursów akcji.

Czyli nie wiemy, gdzie jesteśmy? Chyba jednak wiemy, choć nie w pełni precyzyjnie. Widzimy, że rynek kapitałowy po wielu latach funkcjonowania na „dopalaczach" (podaż z prywatyzacji i popyt z OFE) próbuje znaleźć swoje miejsce. Wiemy, że ostatni rok był okresem wzrostu kursów, choć nie jesteśmy w stanie wykazać, jakie były tego przyczyny. Ale nawet jeśli przyczyną był nieuzasadniony popyt, to można tej sytuacji zaradzić, odpowiadając w pełni uzasadnioną podażą – jeśli na rynku pojawiłyby się nowe emisje akcji wchłaniające napływający kapitał, bez pompowania bańki spekulacyjnej. Niestety, przeszkadzają temu czynniki zniechęcające do obecności na giełdzie (coraz bardziej wybujałe regulacje) i oferujące inne możliwości finansowania (tani kredyt). Trzeba przedefiniować rynek, aby zachęcić emitentów i inwestorów do giełdy, ale jak? O tym później, bo za tydzień musimy się zająć jeszcze diagnozą sytuacji z perspektywy międzynarodowej.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA