Przecena nie oznacza jednak, że cały sektor energetyczny podąża w tym samym kierunku, czy z tą samą siłą. O ile od początku roku ropa podrożała o niespełna 20 proc., o tyle ceny kontraktów na benzynę w USA wzrosły w tym czasie o około 74 proc., a na europejskiego diesla o niemal 53 proc.

Taka rozbieżność pojawia się zazwyczaj wtedy, gdy inwestorzy biorą pod uwagę nie tylko koszt samego surowca, ale też fizyczną dostępność gotowych paliw. Możliwości przerobowe rafinerii są wciąż ograniczone, a wysoki popyt sezonowy nadal sprzyja utrzymywaniu wysokich cen benzyny. W przypadku diesla podaż na rynku również wydaje się mocno ograniczona. W efekcie ropa może tanieć szybciej niż same paliwa. Z wyceny surowca znika bowiem premia za ryzyko geopolityczne, natomiast marże rafineryjne pozostają wysokie.

Choć taniejąca ropa dobrze wygląda w nagłówkach i polityce, to nie przekłada się to od razu na o wiele niższe rachunki na stacjach benzynowych ani na spadek kosztów transportu. Można przypuszczać, że jeśli produkcja w rafineriach nie wzrośnie lub popyt sezonowy zauważalnie nie osłabnie, paliwa będą jeszcze przez jakiś czas niewspółmiernie drogie w stosunku do samej ropy. W najbliższym czasie warto więc obserwować, czy różnica cen między surowcem a gotowymi produktami zacznie maleć. Dopiero wtedy będzie można mówić o bardziej trwałej uldze.