Badania IBRiS przygotowane na zlecenie „Rzeczpospolitej” i „Parkietu” pokazują, że niemal 90 proc., dokładniej – 89,4 proc. Polaków popiera podniesienie kwoty wolnej od podatku z 30 do 60 tys. zł jeszcze w tej kadencji Sejmu. Odsetek zdecydowanych zwolenników takiego rozwiązania sięga 62,3 proc., a będących „raczej na tak” – 27,1 proc. Przeciwnych jest jedynie 7,4 proc. ankietowanych, a 3,3 proc. nie ma zdania.

Czytaj więcej

Grzegorz Maliszewski, Bank Millennium: Polska gospodarka jedzie na dopalaczach. Czeka nas hamowanie?

Pomysł podwojenia kwoty wolnej cieszy się niemal powszechną akceptacją we wszystkich grupach społecznych – niezależnie od płci, wieku, miejsca zamieszkania czy preferencji politycznych. Warto jednak zwrócić uwagę, że szczególnie wysokie poparcie deklarują osoby w wieku 30–39 lat, wyborcy Konfederacji oraz rodziny wychowujące co najmniej dwoje dzieci – w tych grupach ponad 80 proc. respondentów odpowiada „zdecydowanie tak”. Nieco mniej entuzjazmu widać natomiast wśród osób po 50. roku życia, mieszkańców największych miast, wyborców Koalicji Obywatelskiej oraz respondentów deklarujących poglądy lewicowe. W naszym sondażu Polacy zostali też zapytani o opinię na temat podniesienia drugiego progu podatkowego z 120 tys. zł do 140 tys. zł również jeszcze w tej kadencji Sejmu. Także ta propozycja spotyka się z aprobatą, choć nieco mniejszą niż podwyższenie kwoty wolnej. Łącznie popiera ją 80,2 proc. badanych, z czego 50 proc. odpowiada „zdecydowanie tak”, a 30,2 proc. – „raczej tak”. Przeciwnych jest 13,7 proc., a około 6 proc. nie ma zdania.

Podwyżka kwoty wolnej w PIT. Powrót obietnicy wyborczej

Najsilniejsze poparcie dla tej zmiany znów deklarują rodziny korzystające z programu 800+ na co najmniej dwoje dzieci, mieszkańcy małych miast oraz wyborcy Konfederacji. Najwięcej sceptycyzmu widać natomiast wśród osób po 70. roku życia oraz respondentów z wykształceniem podstawowym i zawodowym.

Badanie zostało przeprowadzone 24–25 lipca 2026 r. na próbie 1000 dorosłych Polaków. Data nie jest przypadkowa, bo temat podwyżki kwoty wolnej w PIT właśnie wrócił do politycznej debaty. Inicjatorem nie była sama KO, choć to jej flagowa obietnica wyborcza z 2023 r., lecz koalicjant – PSL. Ministerstwo Finansów potwierdza, że prowadzone są tej kwestii odpowiednie prace.

Szef ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz przekonuje, że te ważne zmiany dla podatników powinny zostać uchwalone do końca tej kadencji, w przeciwnym razie rząd może ponieść wysokie koszty polityczne. PSL proponuje jednak stopniowe dochodzenie do poziomu 60 tys. zł – najpierw do 35 tys. zł w 2027 r., następnie do 45 tys. zł, a docelowo do 60 tys. zł w 2029 r. Taki harmonogram miałby rozłożyć koszt reformy w czasie – w pierwszym roku ubytek dochodów z PIT wyniósłby około 10–11 mld zł, zamiast 55–60 mld zł przy jednorazowym podwojeniu kwoty wolnej.

Z kolei minister funduszy i polityki regionalnej oraz liderka Polski 2050 Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz też nawołuje do realizacji obietnic. A do tego dodaje „swój” postulat podwyższenia drugiego progu z 120 tys. zł do 140 tys. zł, bo obecny limit nie nadąża za wzrostem wynagrodzeń.

Czytaj więcej

Panel Ekonomistów: wydatki państwa do gruntownego przeglądu

Kto i ile zyska

Wyjątkowo wysokie poparcie dla podwyżki kwoty wolnej w PIT nikogo nie może dziwić, bo to rozwiązanie bardzo korzystne dla naszych portfeli. Co ważne, jest to jedna z nielicznych zmian podatkowych, na której zyskaliby niemal wszyscy podatnicy rozliczający się według skali podatkowej – od osób osiągających relatywnie niskie dochody po najlepiej zarabiających. Podniesienie kwoty wolnej do 60 tys. zł oznaczałoby, że dochód do opodatkowania do tej wysokości nie byłby objęty PIT. W efekcie każdy podatnik, który w pełni wykorzystuje wyższą kwotę wolną, zyskałby 3,6 tys. zł rocznie, czyli 300 zł miesięcznie. Dla osób o niższych dochodach (poniżej 60 tys. zł) korzyść byłaby odpowiednio mniejsza, ale również odczuwalna.

Jak to działa w praktyce? Dla przykładu, przy obecnej kwocie wolnej wynoszącej 30 tys. zł osoba osiągająca 60 tys. zł dochodu do opodatkowania (co odpowiada w przybliżeniu ok. 73,2 tys. zł rocznych zarobków brutto, czyli ok. 6,1 tys. zł brutto miesięcznie) płaci 12 proc. PIT, czyli 3,6 tys. zł. Po podniesieniu kwoty wolnej do 60 tys. zł jej podatek spadłby do zera, co oznaczałoby oszczędność właśnie 3,6 tys. zł rocznie. Taką samą maksymalną korzyść odnieśliby również podatnicy osiągający wyższe dochody – np. 80, 120 czy 200 tys. zł rocznie – ponieważ kwota zmniejszająca podatek jest dla wszystkich taka sama. Przy dochodzie do opodatkowania rzędu 48 tys. zł (co odpowiada zarobkom brutto na poziomie ok. 4,8 tys. zł miesięcznie), roczne korzyści wyniosłyby ok. 2 tys. zł.

Znacznie węższej grupy podatników dotyczy natomiast propozycja podniesienia drugiego progu podatkowego ze 120 do 140 tys. zł. Oznaczałoby to, że 32-proc. stawka PIT obowiązywałaby dopiero po przekroczeniu 140 tys. zł dochodu do opodatkowania rocznie, a nie – jak obecnie – 120 tys. zł. Maksymalna korzyść finansowa wyniosłaby 4 tys. zł rocznie, jednak z rozwiązania skorzystaliby przede wszystkim lepiej zarabiający. Obecnie drugi próg podatkowy obejmuje około 2,4 mln podatników, czyli mniej więcej 10 proc. osób rozliczających się według skali podatkowej.

Czytaj więcej

Deficyt i dług publiczny w 2025 r. na rekordowych poziomach

Budżet ma problem

Przez ostatnie trzy lata, od wyborów w 2023 r., rząd odkładał realizację swojej głównej obietnicy podatkowej na koniec kadencji, ze względu na jej wysokie koszty i trudną sytuację budżetu państwa. Skala wyzwania jest rzeczywiście ogromna. Przypomnijmy, że podniesienie kwoty wolnej z 30 do 60 tys. zł w jednym kroku oznaczałaby ubytek dochodów sektora finansów publicznych rzędu 55–60 mld zł rocznie. To równowartość blisko 9 proc. planowanych dochodów budżetu państwa w 2026 r. Z kolei podwyżka progu podatkowego do 140 tys. zł, to koszt około 8–9 mld zł rocznie.

Czy teraz udało się w końcu wygospodarować odpowiednią przestrzeń na reformy? I przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi rząd da Polakom oczekiwane ulgi?

– Jeśli spojrzymy na kondycję finansów publicznych, to takiej przestrzeni absolutnie nie ma – komentuje wprost Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton. I w tej opinii wtórują mu inni ekonomiści. – W minionym roku deficyt sektora przebił 7 proc. PKB, a w tym i przyszłym roku sięgnie ok. 6 proc. PKB, a według MFW do 2030 r. utrzymywać się będzie powyżej 5 proc. – wskazuje Marcin Zieliński, główny ekonomista i wiceprezes Fundacji FOR.

Inaczej mówiąc, każdy nowy „prezent” dla wyborców oznacza konieczność pożyczenia kolejnych pieniędzy i zwiększenie długu publicznego. Tymczasem zadłużenie Polski i tak szybko rośnie i w ciągu kilku lat może wystrzelić powyżej konstytucyjnego limitu 60 proc..

Jednocześnie ekonomiści przyznają, że presja związana z realizacją wyborczych obietnic może okazać się na tyle silna, że rząd zdecyduje się na wprowadzenie zmian mimo trudnej sytuacji budżetu. Ale ostrzegają, że bez dodatkowych działań, może źle się to skończyć.