Gdy chcę kupić 100 akcji jakiejś giełdowej spółki, składam w swoim domu maklerskim odpowiednie zlecenie. Zostanie ono zrealizowane, jeśli jest ktokolwiek chętny sprzedać taki pakiet walorów po cenie nie wyższej niż maksymalna, jaką jestem skłonny zapłacić. Jeśli chętnych nie ma, muszę zaoferować wyższą cenę. Giełda to niemal podręcznikowy przykład rynku towarowego (commodity market), czyli takiego, na którym cena jest jedynym parametrem decydującym o tym, czy transakcja dochodzi do skutku, czy nie. Niemal, bo dziś wskutek upowszechnienia tzw. handlu wysokich częstotliwości (HFT) na wielu giełdach realizacja zamiarów inwestorów uzależniona jest np. od tego, czy dysponują odpowiednio szybkim łączem. Nie zmienia to jednak faktu, że kupno akcji jest dość proste. Nie muszę szukać potencjalnego sprzedawcy, nie muszę przekonywać go, że dobrze zaopiekuję się papierami, które mi sprzeda, nie muszę też wiedzieć, czy on sam się z nimi należycie obchodził. Krótko mówiąc, nie potrzebne są żadne umizgi. Zmieniająca się cena zrównuje popyt z podażą.