Ten rok na warszawskiej giełdzie upływa pod znakiem wezwań. Z czego to wynika? Czy to kwestia tylko niskich wycen, które kuszą inwestorów?
Wezwania są naturalnym elementem dojrzałych rynków kapitałowych. To, że akurat w tym roku mamy ich tyle na warszawskiej giełdzie jest pochodną kilku czynników. Na pewno sprzyjają temu relatywnie niższe wyceny spółek na GPW, co w połączeniu z wciąż całkiem niezłą sytuacją gospodarczą, jest atrakcyjną okolicznością dla inwestorów. Widzimy więc, że inwestorzy branżowi zarówno z Polski, jak i z zagranicy, ale także fundusze private equity, aktywnie szukają spółek, dzięki którym mogą wejść w ciekawą branżę, kupić udział w rynku bądź nabyć unikalną technologię. Jednocześnie właściciele, czy też zarządy spółek giełdowych, mogą dojść do wniosku, że giełda niekoniecznie musi być tym miejscem, dzięki któremu będą dalej budować wartość swojej firmy. Nie zapominajmy, że bycie spółką publiczną niesie ze sobą obciążenia, chociażby w postaci obowiązków informacyjnych, które mogą być uciążliwe dla firm, na przykład w zakresie ujawniania informacji finansowych swoim konkurentom czy kontrahentom. Dodając do tego niepewność polityczno-gospodarczą, pojawiły się czynniki, które przyczyniły się do tego, że w tym roku mamy na naszym rynku aż tyle wezwań.