Trudno sobie przypomnieć początek roku tak obfitujący w wydarzenia, w fazę hiperaktywności wszedł prezydent Trump i jego administracja. O ile ma ona coraz mniejszy wpływ na otoczenie zewnętrzne (w poniedziałek Bloomberg wyliczał, że akronim TACO, „Trump always chickens out” nie jest do końca prawdą, ale na poziomie ceł zrealizowano do tej pory około 20 proc. gróźb), to wyraźnie szkodzi amerykańskiej giełdzie, która drugi rok z rzędu zaczyna wyglądać słabo na tle reszty świata. Plany ograniczenia oprocentowania kredytów uderzyły w sektor finansowy, w tym tygodniu 80 mld dol. kapitalizacji stracił sektor ubezpieczycieli medycznych po informacjach, że wzrost stawek Medicare Advantage ma być niemal zerowy.

Nie zmienia to faktu, że apetyt na ryzyko jest potężny – jakiekolwiek negatywne informacje co najwyżej wstrzymują na chwilę wzrosty, głównie w USA, najsilniejszy w ubiegłym roku rynek świata, Korea, zdążył zyskać w niecały miesiąc 23 proc. a jakiekolwiek zagrożenie jest widziane głównie jako pretekst do szalonych wzrostów metali szlachetnych.

Złoto, które od początku roku podrożało o 23 proc. przekroczyło już moje założenia stopy zwrotu w skali całego roku, ale naprawdę surrealistyczne jest zachowanie srebra, które po wzroście o 148 proc. w ubiegłym roku, w tym zdążyło podrożeć o kolejnych 60 proc. O ile byłem wielkim orędownikiem tego metalu rok temu, obecnie nie mam wątpliwości, że mamy do czynienia ze zwykłą bańką spekulacyjną, która pęknie w bliskiej przyszłości. Szokujące było dla mnie czytanie w poniedziałek, że Citibank widzi na koniec roku srebro po 150 dol./ou bo przecież parytet ceny do złota potrafił sięgać 32:1. Już dzisiaj jest to 46:1, mniej niż w ciągu 30 lat widzieliśmy w jakimkolwiek czasie poza szczytem wzrostów w 2011 r.

Co więcej, poniedziałkowa sesja, podczas której obroty na ETF SLV sięgnęły 38 mld dol. niemal tyle, co na największym ETF na S&P500 (SPY), nosi wszelkie znamiona szczytu i ma tylko jedną analogię w historii, właśnie tę sprzed 15 lat z momentu wieloletnich maksimów. 3-miesięczny wzrost cen przekraczający 100 proc. (obecnie 141 proc.) zdarzył się tylko dwukrotnie, w 1974 r. i w 1980 r., za każdym razem kończąc się potężnymi korektami. Kalendarzowo metale szlachetne zbliżają się też do gorszego okresu.

Obchody chińskiego Nowego Roku zazwyczaj im nie sprzyjają, trudno zakładać, że tym razem będzie inaczej w sytuacji, gdy chiński popyt jest podawany jako główny argument eksplozji cen. Jeżeli ktoś zdołał utrzymać długie pozycje aż do teraz, jest wielkim wygranym. Ale pora uciekać. Narracja o końcu pieniądza fiducjarnego nie obroni się w dłuższym terminie, co dobitnie pokazują już kryptowaluty.