Słabemu zachowaniu indeksów towarzyszą stosunkowo niskie obroty, które we wtorek nie przekroczyły 185 mln zł.
Uważam, że przyczyn takiego zachowania naszego rynku należy szukać w fundamentalnej słabości spółek. Obecny poziom ich wyceny już w dużym stopniu odzwierciedla potencjalne efekty przyszłego ożywienia gospodarczego. Tylko bardziej przekonujące.
Wzrosty na rynkach światowych wspierane są coraz mocniejszymi sygnałami końca spowolnienia gospodarczego, na co jednak w Polsce na razie się nie zanosi. Przedsiębiorstwa napotykają rosnące problemy z utrzymaniem płynności (dane o depozytach bankowych przedsiębiorstw ujawniają znaczący ich spadek), co raczej nie sprzyja podejmowaniu inwestycji, eksport zaś w ostatnich miesiącach maleje. W obliczu lawinowo rosnącego bezrobocia nie jest pewne, czy spożycie indywidualne będzie wystarczające dla podtrzymania choćby śladowego wzrostu gospodarczego w I kwartale br. Obawiam się zatem, że inwestorom trudno będzie przystąpić do bardziej zdecydowanych zakupów akcji dopóty, dopóki nie utwierdzą się w przekonaniu, że odbicie od dna nie ominie również polskiej gospodarki. Dlatego uważam, że nasz rynek może pozostawać w najbliższym czasie w trendzie bocznym.
Czynnikiem, który zadecyduje o koniunkturze na giełdzie w dłuższym terminie, powinny być dane makroekonomiczne, wskazujące tempo przyszłego wzrostu w USA i Europie Zachodniej. Wydaje się wątpliwe, czy wzrost gospodarczy na trwałe powróci do wysokiego poziomu z lat 1996-1999. Tymczasem wycena akcji zdaje się już dyskontować taki właśnie rozwój sytuacji - średniej przemysłowej Dow Jones brakuje do szczytu ze stycznia 2000 r. niespełna 11%.
Grzegorz Łętocha