Jedną z nich jest ignorowanie sytuacji na świecie.
Początek notowań był jeszcze lekko optymistyczny, po wzroście kursów w USA na sesji wtorkowej. Później nastąpił dość szybki spadek, którego zwieńczeniem były transakcje wywołane uruchomieniem ustawionych wcześniej zleceń "stop". Około południa osiągnęliśmy minimum sesji. Przebieg reszty dnia można streścić w kilku słowach: marazm, który przybrał delikatny wzrostowy charakter. O niczym to jednak nie świadczy. Wspomniany mały wzrost to wynik szczególnego podejścia do coraz niższych notowań na świecie. Waga tego ruchu jest też znacznie pomniejszona za sprawą niskiego obrotu, jaki mu towarzyszył. Wspominane już na tych łamach "prawo longa" po raz kolejny dało o sobie znać. Rynek nie spadał, przewidując, że słabe otwarcie w USA wyznaczy minimum na tamtejszym rynku, po którym nastąpi wzrost.
Kolejny raz oczekiwanie na mityczne już niemal odbicie sprawiło, że gdy indeks Dow Jones Industrial Average zaliczał kolejne dzienne minima (znajduje się na poziomie notowanym ostatnio w listopadzie 1997 roku), notowania kontraktów kończyły się 1 pkt. pod poziomem maksimum sesji. Wydaje mi się, że ten, kto nie gra na odbicie w USA i spokojnie czeka na wybicie z konsolidacji, postępuje rozsądniej, co nie znaczy, że w tym wypadku osiągnie wyższą stopę zwrotu. Jednak w dłuższym terminie ma na to znacznie większe szanse.
Kamil
Jaros