Zawsze gdy polityka wchodzi swoimi brudnymi butami na giełdowy parkiet, oznacza to tylko jedno - kłopoty.
Wczorajsza sesja dość dobitnie to pokazała. Zaczęliśmy od prawie dwucyfrowego wzrostu, w myśl zasady, że nie regularna sesja w USA jest najważniejsza, ale wyniki spółek po sesji, które ustawiają atmosferę na dzień następny. Do wzrostu zachęcały jeszcze rynki Eurolandu, które rosły nawet ponad 5%, a węgierski i czeski rynek zyskiwał ok. 2%. U nas jednak zamiast dorównać wzrostom sąsiadów, rynki ruszyły do wyprzedaży, schodząc w końcu pod środowe zamknięcie. Nie pomogły optymistycznie interpretowane (nie znaczy dobre) wyniki amerykańskich firm czy dobre dane z amerykańskiego rynku nieruchomości. Ogólnoświatowa minihossa ominęła nas szerokim łukiem, a wszystko właśnie przez ten jeden incydent.
Nie zapowiada się, by sprawy polityczne miały wyjaśnić się w ciągu jednego dnia, więc kolejne sesje wydają się inwestycyjną ruletką. Oprócz polskiej "szopki" mamy jeszcze sobotnie referendum w Irlandii i przyszłotygodniowe stanowisko Holandii w sprawie poszerzenia UE. Inwestycje w tym okresie będzie cechować nieco większe ryzyko niż zwykle. Ale, jak powszechnie wiadomo, im większe ryzyko, tym większy zysk. W znalezieniu słusznej pozycji powinno pomóc ewentualne zamknięcie luk hossy lub wyjście nad ostatnie lokalne szczyty.
Marek Pryzmont
PARKIET